Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

Przygłuchawe serce matki

ojciec_wwwirgiliusz

Moja żona jest dobrą kobietą. Co prawda kiedy ma zespół napięć, należy jej schodzić z drogi (wtedy nawet nasz pies, którego interesuje jedynie żarcie i spanie, zaczyna ubiegać się o azyl polityczny na Białorusi), ale w pozostałych momentach jest istotą łagodną i przyjaźnie nastawioną do świata.

Z pewnością jest też dobrą matką. Poświęca swoim córkom czas i uwagę...Odbywało się to niejednokrotnie kosztem zdrowia, snu, czasu, który inne samice homo sapiens poświęcają na makijaż, dopasowywanie kroju obcasów do wzoru na pończoszkach. Gdybym miał jeszcze raz kiedyś wybierać kobietę na matkę moich dzieci, to znów wybrałbym tak samo, choć pewnie nigdy do końca nie wyzbędę się subtelnych marzeń o małym siedmiomiejscowym haremiku, z przeglądem podstawowych typów kobiecej urody ;-)

Jest jednak pewien kruczek. Niczym słynny paragraf 22. Był taki okres w naszym życiu, kiedy żona nie rozumiała naszej młodszej córki. Ola posługiwała się wtedy mową równie pokręconą co Pytia (dla osobników z nową maturą tłumaczę, że chodzi o narkomankę-dziewicę, która starożytnym Grekom i Rzymianom służyła za wyrocznię, mówiąc co robić lub nie robić, ale w pokręcony i niejasny sposób, nic dziwnego, że dzisiejsi politycy z Tuskiem na czele wolą się słuchać sondaży). Mieszała wyrazy, połykała końcówki, uciekała się do metafor. Niestety nie zanotowałem sobie żadnego z bardziej pokręconych zdań, ale wierzcie mi na słowo, były one równie trudne jak hasła w "krzyżówkach dla ambitnych".

Mi (choć krzyżówek nienawidzę) rozgryzanie tych kalamburów przychodziło łatwo. Nawet jeśli na coś nie wpadłem od razu, to po dwóch czy trzech dniach udawało mi się zagadkę rozgryźć. To była świetna zabawa, bo można było zawsze poprosić o powtórzenie lub podpowiedź. Co prawda podpowiedź najczęściej polegała na powtórzeniu, albo na równie pokrętnej i mętnej wypowiedzi, ale to jeszcze tylko podkręcało zabawę. Muszę się nieskromnie pochwalić, że żadna z zagadek nie została nierozwiązana.

Gorzej było z matką Oli. Ta objawiła się być kompletnym antytalentem. Ni w ząb nie potrafiła zrozumieć małej, co obie doprowadzało do rozpaczy, a potem wściekłości (temperamenty najwyraźniej dziedziczy się po matce). Musiałem więc występować w roli tłumacza, mówiąc co dwuletni autor miał na myśli. To były świetne okazje, żeby trochę poznęcać się nad stereotypem matki, której serce rozumie swoje dziecko bez słów. Być może bez słów tak, ale słów już zrozumieć nie mogła za cholerę.  I co prawda, czasem dostałem za to szmatą, albo spędzałem 3 godziny podróży autem w złowrogiej ciszy, która przypominała mi zimną wojnę. Mimo to satysfakcja była duża. Podobno pan Bóg, jak zamyka drzwi, to otwiera okno. Mnie poszczędził macicy i radości macierzyństwa, ale w zamian dał dar rozumienia mojego dziecka i wkur denerwowania jego matki. Dzięki Ci, Ty, w którego za nic nie umiem uwierzyć. Jesteś wielkim ironistą!

Obiecanki sranki

ojciec_wwwirgiliusz

Miałem ambitne zamiary. Chciałem chlastać, podważać, demaskować. Odróżnić się od tych wszystkich słodkopierdzących zawołań "kocham cię mój króliczku, którego nosiłam przez 9 miesięcy". I Bóg mi świadkiem jeszcze będę. Będę i to za już niedługo. Jednak czasem człowieka dopadnie sentymentalizm. Dlatego więc:

Moje dwie kochane córki, obyście jak najszybciej umiały trzymać się tej prawdy, którą znajdziecie poniżej. Tak bardzo Wam życzę, żebyście pojęły to szybciej, niż Wasz przytępawy tatuś.

 

Mieszane pieczywo, mieszane uczucia

ojciec_wwwirgiliusz

A kiedy śmierć głodowa zajrzała nam w oczy, zebraliśmy się wraz z żoną, aby uradzić, co zrobić z ziejącą dziurą budżetową, która z każdym miesiącem robiła się co raz większa. Niestety pole manewru było niewielkie. Zapożyczać się dalej byłoby już bardzo nierozsądne. Nie jesteśmy niestety ani Grecją, ani Portugalią i nikt w nas za friko pompować kabony nie będzie. Być może mogliśmy coś ugrać na wyborach. Na przykład obwiesić się dzieciakami (swoimi i dopożyczonymi od znajomych) i zapytać premiera i kandydata na premiera jednocześnie "Jak żyć" licząc na jakąś pomoc od państwa lub parę stówek za wywiady i parę tysi za reklamówkę nakręconą z PiSem. No ale przegapiliśmy kampanię, a następna szansa za lat parę. Emigrować? Po tym wszystkim co tutaj przeszliśmy? Teraz, kiedy po 3 miesiącach walki z kluczami nakładkowymi udało mi się wreszcie wypoziomować pralkę, kiedy kutafelc z naprzeciwka się wyprowadził, a studenci z dołu przestali słuchać Stachurskiego? Nie! Nigdy w życiu! Usiedliśmy więc nad kartką, aby prześledzić kolejne pozycje budżetowe i poszukać możliwości do drastycznych cięć. 

Nie dało się przyciąć na obronności, bo na nią nie wydajemy ani grosza. Nie mamy sił powietrznych, tym bardziej morskich. Można by sprzedać jeden zamek z drzwi, ale to raczej nie zmieni radykalnie stanu naszych finansów publicznych. Z wydatkami na kulturę też było ciężko. W operze i teatrze bywamy raz na kwartał średnio, głównie dzięki funduszowi pracowniczemu teściowej, która daje nam bilety w ramach prezentów. Filmy głównie oglądamy za pomocą internetu. Odcięcie kablówki dałoby 70 zł oszczędności miesięcznie i pewnie z tysiąc złotych kary za zerwanie umowy promocyjnej. 

I tak szliśmy po kolei, aż dotarliśmy do niemałego kosztu opiekunki Oli. I równocześnie nad naszymi głowami zapaliła się lampka - PRZEDSZKOLE. No bo to, co dostaje dziewczyna za siedzenie z Olą, to jedno. Ale w przedszkolu dadzą małej jeść, więc nie będzie trzeba co rano robić śniadania, a co wieczór gotować obiadu na dzień drugi. Same plusy. Same oszczędności. Czasu i pieniędzy.  Za sprawą jednego zwolnienia i jednego złamanego życia...

Okazało się, że to jednak nie jest takie proste. Był lipiec, więc już po rekrutacji. Na dodatek wszyscy powtarzali nam, że dostać się do przedszkola to nie taka prosta sprawa... Jak ostatni naiwny (pamiętając jeszcze czasy, jak łatwo było umieścić starszą córkę w przedszkolu dziesięć lat temu) poszedłem do najbliższego przedszkola, aby w sekretariacie spytać o wolne miejsca. Rozbawiłem tym szczerze panią. Poszedłem więc do następnego w kolejności. Ta też uśmiała się setnie. Popytałem znajomych. Okazało się, że do umieszczenia dziecka w przedszkolu trzeba w dzisiejszych czasach mieć znajomości. Na szczęście, kolega z piłki, zna kolegę, który razem z prezydentem naszego miasta był oskarżony o malwersacje i łapówkarstwo, a wiadomo, że takie sprawy zbliżają ludzi. Więc teraz można dzięki niemu u prezydenta załatwić wszystko. Więc jeden obrońca naszej drużyny, szepnął napastnikowi innej parę słów, a ten powtórzył je głównemu rozgrywającemu, aż wreszcie prezydenckie ucho naszego postwojewódzkiego miasta zastrzygło kilka razy i dało nam miejsce w przedszkolu. No dobra - nie do końca tak to było, ale pozwolicie, że szczegóły pominę lub ujawnię swojemu adwokatowi ( z urzędu naturalnie)

Z początkiem złotej polskiej jesieni dostaliśmy miejsce w przedszkolu (niemal) na drugim końcu miasta. Pożegnaliśmy się z opiekunką i zaczęliśmy liczyć oszczędności. Ola miała grubo ponad trzy lata, kiedy przestąpiła próg przedszkola, więc można było tam spotkać dzieci młodsze o rok prawie. Już po dwóch tygodniach przestała marudzić i chyba nawet jej się spodobało. Mimo tego, kiedy wchodzę do korytarza i widzę ściany pomalowane olejną do połowy, gdy czuję zapach gotowanego mleka i rozwodnionego szpinaku, gdy mijam panie kucharki w białych fartuchach, kiedy czytam w menu "I-sze śniadanie: kawa z mlekiem, szynka gotowana z wody, ser twarogowy i pieczywo mieszane" to mam mieszane uczucia...

Kiedy matka przestaje być matką

ojciec_wwwirgiliusz

Gdybym miał ukraść dziecko zrobiłbym to w styczniu. Proszę, nie dzwońcie na policję. Nie zamierzam naprawdę go kraść. Piszę hipotetycznie. Dzieci mam dość. Dwie córki. Żona. Pani administrator, pani dozorczyni. Szefowa działu, pani dyrektor przedszkola, pani dyrektor szkoły. Naprawdę mam wszystkiego pod dostatkiem. 

Gdybym jednak ogarnięty hipotetycznym szałem zapragnął mieć dzieci, to odrzuciłbym pomysł adopcji (bo to strasznie długie i popieprzone) i naturalną metodę (tylko jeden na tysiące zbliżeń erotycznych kończy się przecież ciążą, na dodatek trzeba czekać aż 9 miesięcy znosząc dzielnie wybryki układu hormonalnego ciężarnej partnerki). Wybrałbym się po nie do centrum handlowego i wybrał sobie jedno, które przypadnie mi do gustu. Koniecznie w styczniu. Dlaczego?

Bo w styczniu urządzane są wyprzedaże styczniowe. Logiczne? Logiczne. Podobno gdy pan Bóg chce komuś wyrządzić krzywdę odbiera mu rozum. Jeśli chcesz zobaczyć jak to wygląda, wybierz się na wyprzedaż styczniową. I napawaj się widokiem kobiet, które zaniedbują swoje dzieci, grzebiąc jak ( nie przymierzając) kwoki w poszukiwaniu ładnego egzemplarza fatałaszków w dobrej cenie i odpowiednim rozmiarze. Uwaga, przerwa na komunikat:

SZEŚCIOLETNI STAŚ, CZEKA NA SWOICH RODZICÓW PRZY KASIE.

Nieszczęsny ojcze, czy nie mogłeś poprosić małżonkę, by pozwoliła zabrać ze sobą Stasia na strzelnicę, na którą chodzisz co czwartek? Byłby o niebo bezpieczniejszy.

Kobiety w poszukiwaniu tych ulotnych rzeczy, tracą zupełnie głowę. Zapominają o zasadach moralnych wyrywając sobie z rąk zdobycz. Za nic mają limity karty kredytowej. Gwiżdżą na umowy bilateralne (dla czytelników z nową maturą tłumaczę bilateralne to znaczy dwustronne, to taki żart, chodzi o to że umawiały się z mężem). Liczy się tylko zaspakajanie swoich rozbuchanych żądz. Chodzi o to, żeby tanio kupić coś, w czym, jak im się wydaje, będą ładnie wyglądać. Naturalnie nie robią tego dla siebie. Ani dla mężów. Kobieta przecież zawsze ubiera się dla innej kobiety. W przeciwieństwie do męża, który to (biedny głupek) zgodnie z narodowym rysem psychologicznym kupuje rzeczy (np. samochód), na które go nie stać, aby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubi (np. sąsiad). Przerwa na komunikat:

TRZYLETNIA MARTYNKA BARDZO PŁACZE I CHCE DO MAMY

Mamo! Odłóż tę firankę, która nie przystoi Twoim kilogramom i Twoim fałdom. Leć po swoją córkę.

 

Nie ma więc lepszego okresu na kradzież dziecka niż styczniowa wyprzedaż. Masz wtedy szansę urwać sobie malucha, który jest:

a) z domu dobrze uposażonego, bo na wyprzedażach (o paradoksie, przecież niby można tanio kupić dobre rzeczy) mało jest nędzarzy, a parkingi pękają w szwach od suwów, które nigdy błota nie powąchały. Możesz więc liczyć na dobrą budowę ciała i zaliczony komplet szczepień

b) ładnie ubrany i uczesany - co ułatwi wybór, od razu widać w jakich kolorach przyszła pociecha będzie się dobrze prezentować.

c) tak znudzony i wymęczony, że pójdzie z diabłem, byle to piekło zakupów się już skończyło

 

Uwaga, znowu komunikat:

 

AGATKA I TOMEK SĄ CALI I BEZPIECZNI. GOTOWI DO ODEBRANIA W BIURZE OCHRONY

A Ty wyrodna matko, jesteś gotowa przyznać, że przehandlowałaś swoje bliźniaki za parę dżinsów? 

Zmierzając do końca tego wpisu. Jeśli jesteś matką odpowiedzialną, której to nie dotyczy, to zostaw gniewny wpis w komentarzach. Jeżeli zaś Twoje dziecko latało samopas po hali sklepowej, a Ty w tym czasie przerzucałaś fatałaszki, zastanów się,  Twoja pociecha ile wyciąga na setkę i ile setek metrów jest do wyjścia ze sklepu, a potem do najbliższej ulicy. Jeśli jesteś potencjalnym złodziejem dzieci, to od dziś przyjmij, że styczeń powinien być okresem ochronnym. Nie strzela się do ciężarnych saren. Nie kradnie się dzieci podczas styczniowych wyprzedaży. 

Nabici w Mikołaja

ojciec_wwwirgiliusz

Czy wierzycie w grubego pana z siwą brodą, którego stworzyli specjaliści od marketingu dawno, dawno temu w Ameryce? Czy wierzycie, że równocześnie wdziera się on do milinów domów na całym świecie. Nawet do tych, które nie mają kominów, a ich wejść na strzeżone podwórka chronią kamery, ochroniarze i automatyczne drzwi? Nie? To dlaczego do cholery wciskacie ten bullshit swoim dzieciom?

Ja wiem dlaczego. Bo jestem z natury leniwy i tchórzliwy. Gdybym powiedział mojej młodszej Oli, że Mikołaj to wymysł i już bardzo skarlała idea, a jej obecny kształt wymyślili Amerykanie prawie już sto lat temu, to matka Oli miała by do mnie (mówiąc oględnie) pretensje i mógłbym zostać skarcony. Byłbym też odmieńcem, cudakiem, dziwakiem w oczach rodziny, bliższych i dalszych znajomych. Gdyby moje dziecko podzieliło się prawdą o świętym Mikołaju swoim towarzyszom i towarzyszkom z przedszkolu i na placu zabaw, to oskarżono by mnie o kradnięcie dzieciństwa na dużą skalę i może Tusk zapragnąłby zagrozić mi farmakologicznym wyrwaniem bluźnierczego języka, aby podnieść sobie słupek rtęci popierającej go większości o 3 promile. 

 

Nie odzywam się więc i toleruję wciskanie mojemu dziecku kitu, choć myślę sobie na ten temat to, co myślę. Bo to jest bez sensu. Uczymy naszych potomków, że nie ma żadnych potworów, że świat jest racjonalny i przewidywalny, że telewizja to impulsy elektryczne, a tu ni z byka ni z piernika nabijamy je prosto w brzuch otyłego gościa z obleśną brodą. Z chwilą kiedy mit o dobrotliwym grubasie rozdającym prezenty na lewo i prawo obraca się w pył, nasz rodzicielski autorytet też kolebie się potężnie. Bo skoro stary ojciec kłamał o Mikołaju, to czy miał rację mówiąc, że wrzątek jest gorący, gaz trujący, a czerwone światło oznacza, że trzeba grzecznie stać na chodniku, a nie pchać się prosto pod koła?

Co roku tysiące karpi oddaje życie za tradycję stworzoną przez komunistów, którzy narzucili nam modę na tą prostą w hodowli rybę. Opychając się smażonym karpiem wciskamy naszym dzieciom kit. Nie wiem jak Was, ale mnie to przyprawia o zgagę.

© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci