Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

Mieszane pieczywo, mieszane uczucia

ojciec_wwwirgiliusz

A kiedy śmierć głodowa zajrzała nam w oczy, zebraliśmy się wraz z żoną, aby uradzić, co zrobić z ziejącą dziurą budżetową, która z każdym miesiącem robiła się co raz większa. Niestety pole manewru było niewielkie. Zapożyczać się dalej byłoby już bardzo nierozsądne. Nie jesteśmy niestety ani Grecją, ani Portugalią i nikt w nas za friko pompować kabony nie będzie. Być może mogliśmy coś ugrać na wyborach. Na przykład obwiesić się dzieciakami (swoimi i dopożyczonymi od znajomych) i zapytać premiera i kandydata na premiera jednocześnie "Jak żyć" licząc na jakąś pomoc od państwa lub parę stówek za wywiady i parę tysi za reklamówkę nakręconą z PiSem. No ale przegapiliśmy kampanię, a następna szansa za lat parę. Emigrować? Po tym wszystkim co tutaj przeszliśmy? Teraz, kiedy po 3 miesiącach walki z kluczami nakładkowymi udało mi się wreszcie wypoziomować pralkę, kiedy kutafelc z naprzeciwka się wyprowadził, a studenci z dołu przestali słuchać Stachurskiego? Nie! Nigdy w życiu! Usiedliśmy więc nad kartką, aby prześledzić kolejne pozycje budżetowe i poszukać możliwości do drastycznych cięć. 

Nie dało się przyciąć na obronności, bo na nią nie wydajemy ani grosza. Nie mamy sił powietrznych, tym bardziej morskich. Można by sprzedać jeden zamek z drzwi, ale to raczej nie zmieni radykalnie stanu naszych finansów publicznych. Z wydatkami na kulturę też było ciężko. W operze i teatrze bywamy raz na kwartał średnio, głównie dzięki funduszowi pracowniczemu teściowej, która daje nam bilety w ramach prezentów. Filmy głównie oglądamy za pomocą internetu. Odcięcie kablówki dałoby 70 zł oszczędności miesięcznie i pewnie z tysiąc złotych kary za zerwanie umowy promocyjnej. 

I tak szliśmy po kolei, aż dotarliśmy do niemałego kosztu opiekunki Oli. I równocześnie nad naszymi głowami zapaliła się lampka - PRZEDSZKOLE. No bo to, co dostaje dziewczyna za siedzenie z Olą, to jedno. Ale w przedszkolu dadzą małej jeść, więc nie będzie trzeba co rano robić śniadania, a co wieczór gotować obiadu na dzień drugi. Same plusy. Same oszczędności. Czasu i pieniędzy.  Za sprawą jednego zwolnienia i jednego złamanego życia...

Okazało się, że to jednak nie jest takie proste. Był lipiec, więc już po rekrutacji. Na dodatek wszyscy powtarzali nam, że dostać się do przedszkola to nie taka prosta sprawa... Jak ostatni naiwny (pamiętając jeszcze czasy, jak łatwo było umieścić starszą córkę w przedszkolu dziesięć lat temu) poszedłem do najbliższego przedszkola, aby w sekretariacie spytać o wolne miejsca. Rozbawiłem tym szczerze panią. Poszedłem więc do następnego w kolejności. Ta też uśmiała się setnie. Popytałem znajomych. Okazało się, że do umieszczenia dziecka w przedszkolu trzeba w dzisiejszych czasach mieć znajomości. Na szczęście, kolega z piłki, zna kolegę, który razem z prezydentem naszego miasta był oskarżony o malwersacje i łapówkarstwo, a wiadomo, że takie sprawy zbliżają ludzi. Więc teraz można dzięki niemu u prezydenta załatwić wszystko. Więc jeden obrońca naszej drużyny, szepnął napastnikowi innej parę słów, a ten powtórzył je głównemu rozgrywającemu, aż wreszcie prezydenckie ucho naszego postwojewódzkiego miasta zastrzygło kilka razy i dało nam miejsce w przedszkolu. No dobra - nie do końca tak to było, ale pozwolicie, że szczegóły pominę lub ujawnię swojemu adwokatowi ( z urzędu naturalnie)

Z początkiem złotej polskiej jesieni dostaliśmy miejsce w przedszkolu (niemal) na drugim końcu miasta. Pożegnaliśmy się z opiekunką i zaczęliśmy liczyć oszczędności. Ola miała grubo ponad trzy lata, kiedy przestąpiła próg przedszkola, więc można było tam spotkać dzieci młodsze o rok prawie. Już po dwóch tygodniach przestała marudzić i chyba nawet jej się spodobało. Mimo tego, kiedy wchodzę do korytarza i widzę ściany pomalowane olejną do połowy, gdy czuję zapach gotowanego mleka i rozwodnionego szpinaku, gdy mijam panie kucharki w białych fartuchach, kiedy czytam w menu "I-sze śniadanie: kawa z mlekiem, szynka gotowana z wody, ser twarogowy i pieczywo mieszane" to mam mieszane uczucia...

Kiedy matka przestaje być matką

ojciec_wwwirgiliusz

Gdybym miał ukraść dziecko zrobiłbym to w styczniu. Proszę, nie dzwońcie na policję. Nie zamierzam naprawdę go kraść. Piszę hipotetycznie. Dzieci mam dość. Dwie córki. Żona. Pani administrator, pani dozorczyni. Szefowa działu, pani dyrektor przedszkola, pani dyrektor szkoły. Naprawdę mam wszystkiego pod dostatkiem. 

Gdybym jednak ogarnięty hipotetycznym szałem zapragnął mieć dzieci, to odrzuciłbym pomysł adopcji (bo to strasznie długie i popieprzone) i naturalną metodę (tylko jeden na tysiące zbliżeń erotycznych kończy się przecież ciążą, na dodatek trzeba czekać aż 9 miesięcy znosząc dzielnie wybryki układu hormonalnego ciężarnej partnerki). Wybrałbym się po nie do centrum handlowego i wybrał sobie jedno, które przypadnie mi do gustu. Koniecznie w styczniu. Dlaczego?

Bo w styczniu urządzane są wyprzedaże styczniowe. Logiczne? Logiczne. Podobno gdy pan Bóg chce komuś wyrządzić krzywdę odbiera mu rozum. Jeśli chcesz zobaczyć jak to wygląda, wybierz się na wyprzedaż styczniową. I napawaj się widokiem kobiet, które zaniedbują swoje dzieci, grzebiąc jak ( nie przymierzając) kwoki w poszukiwaniu ładnego egzemplarza fatałaszków w dobrej cenie i odpowiednim rozmiarze. Uwaga, przerwa na komunikat:

SZEŚCIOLETNI STAŚ, CZEKA NA SWOICH RODZICÓW PRZY KASIE.

Nieszczęsny ojcze, czy nie mogłeś poprosić małżonkę, by pozwoliła zabrać ze sobą Stasia na strzelnicę, na którą chodzisz co czwartek? Byłby o niebo bezpieczniejszy.

Kobiety w poszukiwaniu tych ulotnych rzeczy, tracą zupełnie głowę. Zapominają o zasadach moralnych wyrywając sobie z rąk zdobycz. Za nic mają limity karty kredytowej. Gwiżdżą na umowy bilateralne (dla czytelników z nową maturą tłumaczę bilateralne to znaczy dwustronne, to taki żart, chodzi o to że umawiały się z mężem). Liczy się tylko zaspakajanie swoich rozbuchanych żądz. Chodzi o to, żeby tanio kupić coś, w czym, jak im się wydaje, będą ładnie wyglądać. Naturalnie nie robią tego dla siebie. Ani dla mężów. Kobieta przecież zawsze ubiera się dla innej kobiety. W przeciwieństwie do męża, który to (biedny głupek) zgodnie z narodowym rysem psychologicznym kupuje rzeczy (np. samochód), na które go nie stać, aby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubi (np. sąsiad). Przerwa na komunikat:

TRZYLETNIA MARTYNKA BARDZO PŁACZE I CHCE DO MAMY

Mamo! Odłóż tę firankę, która nie przystoi Twoim kilogramom i Twoim fałdom. Leć po swoją córkę.

 

Nie ma więc lepszego okresu na kradzież dziecka niż styczniowa wyprzedaż. Masz wtedy szansę urwać sobie malucha, który jest:

a) z domu dobrze uposażonego, bo na wyprzedażach (o paradoksie, przecież niby można tanio kupić dobre rzeczy) mało jest nędzarzy, a parkingi pękają w szwach od suwów, które nigdy błota nie powąchały. Możesz więc liczyć na dobrą budowę ciała i zaliczony komplet szczepień

b) ładnie ubrany i uczesany - co ułatwi wybór, od razu widać w jakich kolorach przyszła pociecha będzie się dobrze prezentować.

c) tak znudzony i wymęczony, że pójdzie z diabłem, byle to piekło zakupów się już skończyło

 

Uwaga, znowu komunikat:

 

AGATKA I TOMEK SĄ CALI I BEZPIECZNI. GOTOWI DO ODEBRANIA W BIURZE OCHRONY

A Ty wyrodna matko, jesteś gotowa przyznać, że przehandlowałaś swoje bliźniaki za parę dżinsów? 

Zmierzając do końca tego wpisu. Jeśli jesteś matką odpowiedzialną, której to nie dotyczy, to zostaw gniewny wpis w komentarzach. Jeżeli zaś Twoje dziecko latało samopas po hali sklepowej, a Ty w tym czasie przerzucałaś fatałaszki, zastanów się,  Twoja pociecha ile wyciąga na setkę i ile setek metrów jest do wyjścia ze sklepu, a potem do najbliższej ulicy. Jeśli jesteś potencjalnym złodziejem dzieci, to od dziś przyjmij, że styczeń powinien być okresem ochronnym. Nie strzela się do ciężarnych saren. Nie kradnie się dzieci podczas styczniowych wyprzedaży. 

Nabici w Mikołaja

ojciec_wwwirgiliusz

Czy wierzycie w grubego pana z siwą brodą, którego stworzyli specjaliści od marketingu dawno, dawno temu w Ameryce? Czy wierzycie, że równocześnie wdziera się on do milinów domów na całym świecie. Nawet do tych, które nie mają kominów, a ich wejść na strzeżone podwórka chronią kamery, ochroniarze i automatyczne drzwi? Nie? To dlaczego do cholery wciskacie ten bullshit swoim dzieciom?

Ja wiem dlaczego. Bo jestem z natury leniwy i tchórzliwy. Gdybym powiedział mojej młodszej Oli, że Mikołaj to wymysł i już bardzo skarlała idea, a jej obecny kształt wymyślili Amerykanie prawie już sto lat temu, to matka Oli miała by do mnie (mówiąc oględnie) pretensje i mógłbym zostać skarcony. Byłbym też odmieńcem, cudakiem, dziwakiem w oczach rodziny, bliższych i dalszych znajomych. Gdyby moje dziecko podzieliło się prawdą o świętym Mikołaju swoim towarzyszom i towarzyszkom z przedszkolu i na placu zabaw, to oskarżono by mnie o kradnięcie dzieciństwa na dużą skalę i może Tusk zapragnąłby zagrozić mi farmakologicznym wyrwaniem bluźnierczego języka, aby podnieść sobie słupek rtęci popierającej go większości o 3 promile. 

 

Nie odzywam się więc i toleruję wciskanie mojemu dziecku kitu, choć myślę sobie na ten temat to, co myślę. Bo to jest bez sensu. Uczymy naszych potomków, że nie ma żadnych potworów, że świat jest racjonalny i przewidywalny, że telewizja to impulsy elektryczne, a tu ni z byka ni z piernika nabijamy je prosto w brzuch otyłego gościa z obleśną brodą. Z chwilą kiedy mit o dobrotliwym grubasie rozdającym prezenty na lewo i prawo obraca się w pył, nasz rodzicielski autorytet też kolebie się potężnie. Bo skoro stary ojciec kłamał o Mikołaju, to czy miał rację mówiąc, że wrzątek jest gorący, gaz trujący, a czerwone światło oznacza, że trzeba grzecznie stać na chodniku, a nie pchać się prosto pod koła?

Co roku tysiące karpi oddaje życie za tradycję stworzoną przez komunistów, którzy narzucili nam modę na tą prostą w hodowli rybę. Opychając się smażonym karpiem wciskamy naszym dzieciom kit. Nie wiem jak Was, ale mnie to przyprawia o zgagę.

Na basenie w dzień targowy

ojciec_wwwirgiliusz

Lubię chodzić na basen z Olą, moją młodszą córką (młodsza ma 3 lata, starsza Małgorzata 12). Zajęcia na które się zapisaliśmy nazywają się "oswajanie z wodą". Na początku nie bardzo mnie to bawiło, ale od kiedy zmienił się pan prowadzący i zamiast pacana, który uwielbiał wszystkim dyrygować, dostaliśmy zwalistego gościa, który choć wygląda jak zresocjalizowany kibol-morderca jest człowiekiem o łagodnej naturze i dużym poczuciu humoru, zaczął się powolny proces lubienia.  


Po pierwsze zawsze może się trafić lepszy dzień, kiedy na zajęcia przyjdzie (odrobić z innego dnia) jakaś urodziwa mamusia i człowiek może sobie skorzystać z dobrodziejstw wyzwolenia kobiety z długich i skromnie okrywających wszystko strojów kąpielowych, które były modne i obowiązujące jeszcze sto lat temu. Teraz wszystko mamy rzucone na ladę i każdy może podziwiać w apetycznym kurczaczku to, co lubi - pierś, skrzydełko czy nóżka. Jeśli zaś mamy zwykły dzień targowy i w wodzie moczą się kury domowe, zwiędłe i głupawe, to obrzuciwszy je pogardliwym spojrzeniem można docenić swoją żonę i uświadomić sobie, jak bardzo (pomimo jej wielu wad) można było źle trafić.


Po drugie miałem okazję coś zrozumieć, przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Bo moja Ola generalnie nie chce wykonywać ćwiczeń, jakie uskuteczniamy podczas zajęć. Kiedy inne dzieci razem ze swoimi mamami i tatami "zanurzają najpierw jedno uszko misia-pływaka" (misie pływaki to nasze dzieci naturalnie) "robią fontannę nóżkami, wysoko, wysooko, baaardzo wysoooko" i inne takie, to Ola zajmuje się zupełnie czymś innym. Pół biedy kiedy siedzi w ogóle w wodzie, ale na ogół bierze zabawki wychodzi z nimi na brzeg, by tam bawić się w najlepsze. Nie zawsze tak jest, ale potrafią być zajęcią, podczas których połowę czasu Ola spędza poza wodą. Na początku strzelał mnie wiadomo kto… Na zajęciach, które kosztują mnie równowartość kilku dobrych niepasteryzowanych piwek za każde 45 minut, niewdzięczny pasożyt zamiast grzecznie uczyć się pływać bawi się w robienie rybkom, fokom i hipopotamom herbaty. Na początku próbowałem jej tłumaczyć, że ani hipcie, ani foki, ani rybki herbaty nie piją i wspólnie z panem Olafem (nie wiem czy to prawdziwe imię, czy pseudonim z czasów skinowsko-kibolskich) nakłanialiśmy ją do ćwiczeń. Jednak upartość Oli może konkurować jedynie z zawziętością jej matki i jeśli nie chcesz, aby nie odstawiła pełnoobjawowego ataku padaczki to lepiej nie próbuj jej czegokolwiek narzucać. Ja zrozumiałem to dawno temu, pan Olaf dopiero wtedy gdy skopała go po twarzy, po tym jak próbował ją zachęcić  do nurkowania nie tylko werbalnie... 


Teraz pan Olaf omija Olę łukiem szerokim i ostrożnym, chyba że akurat zdradzi ochotę na parę minut wspólnej zabawy. Za to regularnie wpada do niej na herbatę, grzecznie czekając aż napije się hipcio, foka oraz rybki. Wypija filiżankę mocnej bez cukru i idzie bawić się dalej z normalnymi dziećmi. Ja pogodzony z faktem, że moje dziecko jest wyjątkowe, usiłuję podpatrywać instruktorkę aerobiku, która z kaszalotów chce uczynić delfiny, choć wiadomo, że im nawet stado chirurgów plastycznych oraz pompa odsysająca tłuszcz rozmiarów wozu strażackiego już nie pomogą.
Mam w nosie, czy Ola nauczy się pływać czy też nie. Starsze dziecko urabiałem i zmuszałem. Nauczyłem uległości wobec rodziców i nauczycieli, a teraz muszę patrzeć, jak męczy się w życiu zupełnie tak samo jak ja. Ola jest inna. Ona dobrze wie, co chce i czego nie chce. No i kto powiedział, że w przyszłości będzie jej potrzebne pływanie? Być może ważniejsze będzie robienie herbaty? Nie rozumiecie? Ten pan Wam to najlepiej wytłumaczy:

Zaczynamy czyli manifest

ojciec_wwwirgiliusz

Jestem ojcem dwóch córek, a ponieważ moje ojcostwo nie sprowadza się do zabierania potomków do kina raz na ruski miesiąc postanowiłem zabrać publicznie głos. Dlaczego? Powodów jest kilka. O to najważniejsze:


- czytając blogi o dzieciach najczęściej bolą mnie zęby jakbym jadł od rana do wieczora marcepanowy klej, postanowiłem więc w ramach odmiany dać trochę pieprzu, kamyczków do ogrodu, a jeśli cukier to wyłącznie do baku, aby zatrzeć silnik taniego sentymentalizmu

- blogi o dzieciach na ogół piszą kobiety i siłą rzeczy czytają kobiety. Brakuje mi w nich ujęcia z męskiej strony barykady. Paru seksistowskich uwag, kilku zaczepek damsko-męskich. Skoro nikomu się nie chciało to ja musiałem się tym zająć. I dla jasności - nie twierdzę, że nie ma blogów o dzieciach pisanych przez facetów, twierdzę, że nie ma blogów pisanych z perspektywy innej niż słodko-pierdząca (pardon za makaronizm, ale będzie ich więcej) matczyna miłość

- mam zamiar obalić parę mitów, między innymi ten, że dzieci są dobre i niewinne, że wszystkie dzieci są ładne oraz parę innych, o czym w następnych odcinkach

- mam nadzieję powiedzieć coś nowego, ciekawego o małych ludziach

- nie wszyscy lubią słuchać moich opowieści. Także tych o moich  dzieciach. Tutaj nikt nie będzie mi przerywać

I to tyle. Więcej chwilo nie przychodzi mi do głowy, ale zawsze jest przecież opcja edit. No więc zaczynajmy, wkrótce pierwszy wpis na poważnie.


© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci