Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

Kainowa lewatywa

ojciec_wwwirgiliusz

Najpotężniejszą siłą znaną w przyrodzie jest zazdrość panująca między rodzeństwem. Kto ma siostrę lub brata ten wie. Kto nie wie, to się nigdy nie dowie. Żeby odpalić taką głupią bombę atomową trzeba osiągnąć masę krytyczną. Masa krytyczna dla kuli, nieotoczonej innymi substancjami, dla czystego izotopu uranu wynosi 52 kg, a dla plutonu 10 kg.  Żeby odpalić wielopoziomową awanturę rodzinną, urządzić bitkę pomiędzy kilkulatkami, której dogrywki mogą się ciągnąć tygodniami wystarczy kostka czekolady, kapselek od soku, jeden ziemniak za dużo czy nawet sucha szyszka. Moja rodzona siostra, gdy oboje byliśmy w wieku wczesnoszkolnym, a rodzice posiadali 4 grządki truskawek dające kilogramy tych owoców tygodniowo, domagała się najpierw liczenia truskawek w miseczkach deserowych, z których się raczyliśmy, a potem doszła do wniosku, że i to jest skrajnie niesprawiedliwe. Bo truskawka truskawce nie jest równa (nie polezie orzeł w gówna, kto wie o co chodzi?). Domagała się ważenia i krojenia. Wszystko by mieć pewność, że nie zjadłem czasem o kilka gramów truskawek zbyt wiele. 

Przypomnę też, że spleciona w zabójczym boju para PO i PiS, tworzyły kiedyś braterski związek POPiS, dopóki się nie pokłócili. Ktoś komuś pozazdrościł słupków, ktoś komuś  medialności. Co z tego wynikło, każdy widzi, a mało się kto z tego cieszy.

FullSizeRender6

Jak się takie historie kończą, możemy przeczytać w Piśmie:

Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę.Gdy po niejakim czasie Kain składał dla Pana w ofierze płody roli, zaś Abel składał również pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu, Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: «Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować». Rzekł Kain do Abla, brata swego: «Chodźmy na pole». A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go.

Zdarzają się też przypadki dużo drastyczniejsze. Było to tak:

Onego czasu Oleńka cierpiała była na zatwardzenie. Trzewia jej nie pracowały tak jak powinny. Widząc ją w cierpieniu, dzielna Królowa Matka postanowiła wyleczyć sama. I sporządziła  domowym sposobem urządzenie do lewatywy. Spostrzegł to Miły Młody Człowiek. I poczuł, że jego serce wypełnia się zazdrością. Ściągnął wtedy w pośpiechu odzienie, spodnie oraz gacie, a potem wypiąwszy zadek rzekł do matki:

Ja też chcę. Ja też chcę wodę z mydłem do pupy.

 

 

Czego nie robicie w Sylwestra?

ojciec_wwwirgiliusz

Zostawmy za sobą to chore pytanie. To jest jedno z tych pytań, na które nie ma odpowiedzi - jak lubił w literaturze powtarzać Marek Hłasko. Ja na przykład w ubiegłym roku pod nieobecność Królowej Matki planowałem jedzenie pizzy (z dziećmi) i oglądanie kilku odcinków Gwiezdnych wojen (również z dziećmi). I to się początkowo udało. Potem było sprzątanie wymiocin MMC oraz zbieranie z podłogi resztek choinki, którą zdewastowały zwierzęta domowe. A kiedy już skończyłem, do drzwi zapukali sąsiedzi, żeby mi nie podziękować za H2O w grzybowej. Bo choinka stała w stojaku z wodą, a stojak dokładnie nad ich wazą, tylko piętro wyżej.

sylwester

No więc człowiek planuje, a pan Bóg bombki po podłodze roznosi. Zamiast banalnego pytania o jakiegoś Sylwestra, spytajmy się lepiej, kim zostanie Miły Młody Człowiek, kiedy dorośnie. Zadają je nasi znajomi i Królowa Matka namiętnie i często.

Tancerzem, albo wokolistą - upiera się się Królowa Matka. - Wspaniale tańczy i ma ucho do piosenek. Nie mówię, tego, bo tak bym chciała. Wolałabym, żeby został dentystą. 

- Chyba żaden normalny rodzic nie marzy, żeby dziecko zostało dentystą - odpowiadam zazwyczaj.

- To w takim razie ja nie jestem normalna, ale to najlepszy zawód jaki można wymyślić.

- Dlaczego?

- Nie zaczynaj znowu! - musztruje mnie KM. 

No to nie zaczynamy, tylko słuchamy następnego pomysłu, kim może zostać Miły Młody Człowiek.

Politykiem - twierdzi kolega, który za dużo ogląda telewizji rządowej. - Wasz syn kiedy chce coś uzyskać, ma pewność siebie co najmniej trzech, a nawet może czterech Piotrowiczów. To było wspaniałe jak tarzał się po dywanie wrzeszcząc nie, nie, nie!

- Za inteligentny jest na polityka - protestuje zazwyczaj Królowa Matka

- Wystarczy, że pochodzi pilnie do zreformowanej szkoły to się do polityki nada - ripostuje znajomy nauczyciel gimnazjalny, przyklejony do swojej strefy komfortu, niesubiektywny i rozżalony.

- No co wy. On zostanie Kochankiem wszechczasów! Wiecie, jak on pięknie umie czarować kobiety? Dzisiaj powiedział do mnie: Ciociu jesteś piękna jak choinka - rozpływa się przyszywana ciocia.

- Nie jestem pewien, czy to komplement  - protestuję z wrodzoną sobie delikatnością. - U nas choinka jest zazwyczaj krzykliwa, bardziej niż okładki Faktu.

- Później sobie porozmawiamy - rzuciła Królowa Matka, ale rozczulona komplementem ciocia macha lekceważąco ręką:

- To najlmilsza rzecz, jaką słyszałam, od czasu gdy Giertych chciał zabronić Gombrowicza w szkole.

- E tam. Chyba nie widzieliście jak on prowadzi piłkę. Klei mu się do nogi jakby była na gumie. Na dodatek umie strzelać z pierwszejki i genialnie wykonuje rzuty wolne. Będzie drugim Lewandowskim i poprowadzi polską reprezentację do finału Mistrzostw Świata.

- Oby nie Wasilewskim. Wczoraj na treningu omal nie złamał nosa koledze - udaję sceptycyzm, choć czuję, że wypełnia mnie gaz lżejszy od powietrza i że zaraz przekonam się czy panowie malarze istotnie wygładzili sufit tak pięknie jak nas przekonywali. 

- Ale wszedł prawidłowo? - dopytuje się kolega?

- Prawidłowo, w walce o piłkę, bez łokci.

- No widzisz - cieszy się kolega kibic. - Może podbije ligę angielską.

- Wolałbym hiszpańską - protestuję.

- To dwa sezony w angielskiej a potem Barcelona - proponoje kompromis kolega.

 

I tak sobie rozmawiamy podczas gdy Miły Młody Człowiek bawi się lalkami Oleńki, albo rysuje, albo układa klocki w wysoką wieżę.  Kimś na pewno będzie. Stanowczo i zdecydowanie.  Kiedyś. Za lat parę, paręnaście. Na pewno nie dziś i nie jutro.  Bo to jedna z tych rzeczy, których się na razie nie dowiemy.

 

 

Niepokonany

ojciec_wwwirgiliusz

- Tup, tup, tup. Synku. Synku. Kładź się spać!

- Nie.

- No już.

- Nie.

- Tak.

- Nie.

spi

Zaciskam zęby. Odprowadzam synka do łóżka. Zanim wrócę, aby zająć miejsce po prawicy (lewicy?) Królowej Matki na naszej przechodzonej bardziej niż Trybunał Konstytucyjny kanapie, jest już znów z nami.  Najwyraźniej chce kolejny raz pobić swój rekord. Z poprzedniej nocy. Nie on pierwszy wymyka się z uporem maniaka pewnym miejscom...

Zdzisław Najmrodzki wyspecjalizował się w okradaniu sklepów należących do sieci Pewex (ponad 70 razy) i kradzieży samochodów; ukradł ponad 100 polonezów (dokonywał przywłaszczeń wyłącznie tej marki samochodów[2]).
Wielokrotnie (29 razy) wymykał się pościgom, uciekał z konwojów lub więzienia. Uciekał między innymi z: pociągu (wykorzystał pijaństwo konwojujących go milicjantów), okratowanego pomieszczenia sądu w Gliwicach (jego kompani przepiłowali kraty), warszawskiego pałacu Mostowskich (wyszedł w mundurze milicjanta), gliwickiego aresztu (za pomocą podkopu).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zdzisław_Najmrodzki

Larsen, który dawał drapaka już 22 razy. Ostatnio 13 grudnia z więzienia stanowego Vridsloseselille w Albertslund pod Kopenhagą, gdzie odsiadywał siedmioletni wyrok za napad z bronią.

Niby każdy się spodziewał, że Larsen może znów uciec. Ale cóż z tego? Duńczyk przepiłował kraty piłką do metalu (skąd ją miał, duńskie media nie podają) i zwiał na dach po drabince linowej. Druga drabinka posłużyła mu do bezpiecznego zejścia na ziemię w innym miejscu.

Jak na Larsena, była to dość mało spektakularna akcja. W 2004 r. uciekł, wskakując do wywożonego akurat z zakładu kontenera pełnego liści. W 1995 r. jego kamraci wjechali buldożerem w mur więzienia. Powstała wyrwa, przez którą uciekło kilkunastu więźniów - w tym oczywiście Larsen. Sfilmowała to ekipa telewizyjna, która dostała wcześniej anonimową wiadomość.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,76842,17196935,Dunski_krol_ucieczek_z_wiezienia_znow_zlapany__Uciekal.html#ixzz4RWx85ovs

 Oczywiście. Można by go przywiązać, nie wiemy jednak, czy to się nie podciąga pod przemoc domową. A podobno już są listy proskrypcyjne na odbierających zasiłki 500+. Trudno się dziwić. Państwo zyskało by 6 000 rocznie. To nie są żarty. No i można w telewizji pogadać. Na marsze wiadomo jakie chodzą, kasę biorą, a dziecka krępować się nie krępują. Tacy to ci ludzie! Dlatego właśnie nie krępujemy, tylko namawiamy, prosimy i (co się jedynie sprawdza) odprowadzamy. Miły Młody Człowiek, owszem grzecznie za rączkę idzie do łóżeczka. A potem wraca jak wańka wstańka. To odprowadzamy dalej, a żeby go zmęczyć odprowadzamy na zmianę.

- Teraz twoja kolej.

- Nie.

- Tak!

- Chyba kpisz!

- Ja 5 razy byłam.

- Ja 6!

- Sześć? Może piw sześć wypiłeś. Twoja kolej. Proszę bardzo.

- Ja byłem na Asia Express, jak chciałaś zobaczyć kto odpadnie.

- Mówiłeś, że nie lubisz.

- Nie lubię, ale ty lubisz. To się podwójnie liczy.

- A ja byłam, jak myślałeś, że Gorczyca cycki pokaże.

- Ale nie pokazała. Nie liczy się więc.

- Co mnie to obchodzi, że nie pokazała. Myślałeś...

No i tak Miły Młody Człowiek zasnął sam wreszcie. Bo się okazało, że jak nie ma się komu opierać, to opieranie się jest bez sensu i idzie się spać. Biedny, a chciał być niepokonany.

 

 

Jak czytałem Dylematy taty

ojciec_wwwirgiliusz

A to było tak. Napisała do mnie pani z wydawnictwa Wiedza Powszechna i zaproponowała recenzję książki o mało intrygującym tytule "Dylematy Taty. Subiektywny poradnik rodzica." Od razu zastrzegłem lojalnie, że jeśli książka okaże się równie słaba co tytuł, to przejadę się po niej bez trzymanki. Niestety pani to nie zraziło. Stwierdziła, że jednak wyśle. No to nie pozostało mi nic innego jak zacząć ostrzyć kozik. Trochę ostrzyłem, a trochę sprawę olałem. Ale książke przyszła, a kobyłka u płota...

Książka leżała grzecznie na biurku, a ja pomyślałem, że to jednak absurd. Wysyłać książkę o jedny tacie autorze do drugiego, to jak prosić, żeby Ronaldo powiedział coś obiektywnego o Messim, a wyrażając się bliżej prawdy, żeby zrobił to napastnik Concordii Knurów o napastniku Jaguara Kokoszki (nazwy drużyn z 4. ligii autentyczne). Nie jest to niemożliwe, ale trudne. No bo wpieprza mi się taki jeden do niszy ekologicznej. Pisze o tym samym co ja. Wydali mu książkę. Jak tu go lubić, jak tu dostrzec jego zalety? Jak tu wspiąć się na wyżyny życzliwości? Instynkt podpowiada, żeby pogonić przybłędę z mojego podwórka. Tym bardziej, że koleś sam wystawia dupę na strzał pisząc na przykład podtytuł takiej treści:"Jazda samochodem może być prawdziwą udręką. Czasem masz ochotę zatrzymać samochód na poboczu drogi ekspresowej i zaszyć się w pobliskim lesie, aby zostać pustelnikiem." Za długie, nudne, przewidywalne, i jeszcze traktujące czytelnikia jak durnia, któremu wszystko trzeba tłumaczyć z pomocą łopaty. 

Miałem więc gotowy pieniek, zaostrzony topór i kiedy raźno podnosiłem go, aby dokonać dekapitacji, Królowa Matka złapała mnie za rękę i kazała się zastanowić, zadając proste pytanie "Przeczytałeś całość?"

Niczego tak na świecie nie lubię jak musieć zgodzić się z KM. Ale spróbowałbym nie. Więc wróciłem do książki. Tym razem bez uprzedzeń. Przyznaję lojalnie, całej nie przeczytałem (proszono mnie o szybkość), ale dostatecznie dużo, żeby stwierdzić:

- facet pisze sprawnie i potoczyście czyli +

niestety jednocześnie zbyt swoim pisaniem się upaja. Kiwa się dla kiwania, a to prowadzi go do tłumaczenia żartów, dopowiadania point, co jest niewątpliwie na -

z palca sobie tego nie wyssał, widać, że doświadczył wszystkiego na własnej skórze, znów +

wydaje mu się, że Amerykę odkrywa, ale to nie jest prawda, ja tam byłem wcześniej i kilka miliardów ojców też. To znów -

I tak by można dłużej. Są plusy i są minusy. Jednym plusy przysłonią minusy, drugim odwrotnie. Ja oceniam na takie se, nienajgorsze. Ale pamiętajcie, ja obiektywny nie jestem. Sprawdzcie sami.

okladka_Dylematy_taty4 

Ktoś chce nas zabić

ojciec_wwwirgiliusz

Tak. To nie żarty. Ktoś chce nas zabić. Najpierw mnie. Jadę sobię rowerem, a tu bach. Wali we mnie facet w wielkim audi. Ja walę się na ziemię, a rower na mnie. Podnoszę się cały pełen najgorszych przeczuć. Niestety mam rację. Czytnik książek, co był w torbie pękł. Facet wychodzi z audi, ogląda zderzak, ogląda mnie, a potem znów zderzak. - Dobrze się pan czuje - pyta? - Lepiej od pana zderzaka i mojego czytnika - odpowiadam. Zrobiliśmy bilans zysków i punktów karnych i wyszło nam, że nie wzywamy policji. Bo on za nisko leciał, a ja rowerem na pasy, z tego, no... chodnika. Więc na starcie dostalibyśmy po mandacie i to niekoniecznie misji pokojowej w ONZ. 

No więc chcieli mnie zabić, ale generalnie nie trafili. Tylko, że to jeszcze nie koniec. Raczej początek. Oleńkę rozbolał brzuch. Bardzo. I nie chciało przejść. Aż Królowa Matka się wkurzyła i zabrała ją na ostry dyżur.  Tam pani doktor obejrzała, obmacała i stwierdziła, że to zatwardzenie. I już się miało skończyć na strachu, ale Królowa Matka się uparła i powiedziała, że bez USG nie wyjdzie. I istotnie nie wyszliśmy. W brzuchu Oleńki znaleziono bowiem pokaźnych rozmiarów guza. To ten okaz właśnie powodował ból brzucha. Kwadrans później mieliśmy już swoje łóżko na onkologii dziecięcej. Tam się okazało, że pędzące audi to jest mały pikuś przy nowotworach. Bo te zabijają nie bacząc na pasy, ani na policję. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem następnego dnia rano, gdy wyczołgałem się spod łóżka Oleńki (na tej onkologii rodzice mogą spać z dziećmi, ale miejsce jest tylko pod łóżkiem dziecka) i wyszedłem na korytarz, była płacząca matka pocieszana przez inne kobiety. Zrozumiałem wtedy, że żarty naprawdę się skończyły. Choć nadal uważałem, że to nieporozumienie. Że przecież nie moja Oleńka.

Będzie dobrze, mówili znajomi. Jezus Maria, co teraz będzie, mówiły matki. Gdzie jest Oleńka, pytał w domu Miły Młody Człowiek. Co to będzie, pytaliśmy w duchu Królowa Matka i ja. 

Łyse głowy, amputowane nogi, kroplówki, wkłucia centralne, sterydy, chemia... Szpitalny savoir-vivre - o 23 gasimy światło i idziemy spać, bo cholera wie, co będzie w nocy, a pobudka o 6 rano, kąpią się najpierw dzieci, a potem dorośli.

Miłe pielęgnarki. Jeśli zobaczycie kiedyś uśmiechających się do Was lekarzy i miłe pielęgniarki, miłe co do jednej, to możecie mieć niemal pewność, że jesteście na dziecięcej onkologii. Tam w ogóle wszystko jest inaczej niż w pozostałej części świata. Dzieci nauczyły się, że jak nie boli i można wstać, to trzeba korzystać z życia. Bo jutro może Twoja matka płakać pocieszana przez kobiety. I korzystają. Nigdy i nigdzie tyle z Oleńka nie rozmawiałem, nie bawiłem się, nie czytałem jej, co na onkologii dziecięcej. Zastanawianie się, ile jeszcze takich książek, rund w grze czy rozmów zostało, sprzyja temu, że się bardziej chce. Po prostu na onkologii żyje się bardziej. Choć my tego życia bardziej posmakowaliśmy krótko.

Bo oto ktoś, z tych co usiłują nas zabić, zmienił zdanie. Nagle, nic stąd ni zowąd, jak deus ex machina pojawił się wynik tomografii. Wynik tomografii niczym starożytny bóg powiedzia nam, że co prawda to guz, duży nadal, ale zupełnie mało groźny. Tak, wcześniej mówili, że groźny, ale już nie mówią. Guz jest cieniakiem. Wytnie się go i po krzyku. Wycięli jak najszybciej było to możliwe. 

Dzień i noc przed operacją też żyło się bardziej. A potem żyło się boleśnie i na głodniaka. Bo po operacjach brzucha nie można jeść. Dobrych parę dni. Więc oglądaliśmy filmy, czytaliśmy, próbowaliśmy spać. Jak byliśmy z Królową Matką głodni to mówiliśmy Oleńce, że idziemy do toalety a biegliśmy jeść kanapki albo obiad. I czuliśmy się jak świnie. Jak Oleńka była głodna, to mogła (od 2-giego dnia po operacji) napić się wody. Jak w tym kawale o rumuńskich słuchaczach radia, Poranek z Nicolae Ceaușescu: teraz Nicolae Ceaușescu wstaje i wszyscy wstajemy, teraz Nicolae Ceaușescu gimnastykuje się i wszyscy gimnastykujemy się, teraz Nicolae Ceaușescu się myje i wszyscy się myjemy, teraz Nicolae Ceaușescu je śniadanie, a dla państwa chwila muzyki. I to też Oleńka wytrzymała, choć przez chwilę mogłaby być statyską w filmie o wyzwalaniu obozów śmierci. A potem poszła do domu i zaczęła jeść, jeść i jeść. A my czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy. Na wyniki histopatologii. I się doczekaliśmy. Na papierze było napisane, że to był tylko taki weekend w piekle, ale potem pozwolono nam z niego wyjść. Więc wyszliśmy chyłkiem, nie patrząc w oczy tym, którzy dostali bilety na dużo dłużej. Niektórzy na zawsze. Nie od razu, ale z tygodnia na tydzień baliśmy się co raz mniej. I mniej.

I czego nas to nauczyło? Nauczyło nas, że niczego nie nauczyło. Mieliśmy cieszyć się każdą chwilą, mieliśmy nie marnować czasu. I co? I jajco. Chociażby wczoraj - Królowa Matka oglądała Asia Express, ja odświeżałem FB jak obłakany. A przecież wiemy, że ten dzień przyjdzie jak złodziej, że tylko odroczyliśmy wyrok. Że w dalszym ciągu, kurwa jego mać,  ktoś najwyraźniej chce nas zabić. I w końcu mu się to uda. Nie śmiejcie się. Was też. Spróbujcie więc pamiętać, że ważny jest każdy wydech i wdech. 

PS

Wszystko było dość dawno temu, ale dopiero teraz zebrałem się na odwagę, aby to opisać. 

 

© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci