Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

Bez hejtera nie ma blogera

ojciec_wwwirgiliusz

Czy mam bloga? Mam. Czy mam czytelników? Mam. Czy mam hejterów? Miewam. Niestety tylko miewam, nad czym szczerze ubolewam, bo bez hejtera nie ma blogera. To znaczy jest, ale słaby. Hejter, hejter, hejter... Gdyby takiego kogoś nie było, to należałoby go wymyślić. Bo hejter przynosi nam wiele dobroci podczas szerzenia swej nienawiści.

Po pierwsze hejter częsty wyszydza, wytyka i posypuje solą prawdziwe błędy i wpadki. Parę brutalnych żartów i nauczysz się kilku nowych (dla Ciebie) zasad ortografii. Może też odkryjesz nowe (dla Ciebie) fakty na Wikipedii? Hejter jest często bardzo wnikliwym i wiernym czytelnikiem. Doceń to. Szanuj to!

Po drugie hejter nie pozwala nam odlatywać. Wiadomo. Życie blogera jest o tyle od innych piszących (mam na myśli autora książki, sztuki teatralnej, scenariusza filmowego) przyjemniejsze, że jak się coś nam dzisiaj rano uda fajnego napisać, to już wieczorem będziemy się pławić w lajkach, szerach i komciach. W ich oparach można szybko uwierzyć w swoją wyjątkowość, doskonałość. Bloger ma zawsze rację? Bzdura! Bloger to często uzależniony od lajków narkoman. Dobrze, że od czasu do czasu jakaś kąśliwa uwaga użądli go w tyłek i sprowadzi na ziemię. Inaczej bloger zamieszkałby  z blogiem w chmurze nierzeczywistości.

Po trzecie i najważniejsze hejter pokaże, ile jest bloger wart. A wart jest dokładnie tyle, ilu ma wiernych czytelników. Mnie już nazwano tutaj, na własnym podwórku grubą świnią, knurem nawet czy impotentem. Sugerowano (trafnie), że moje nogi porastają włosy, a na stopach mam (znów trafnie, bo z onucami mi jakoś nie po drodze) skarpetki. Wielu twierdziło, że nie nadaję się do chowania dzieci, ktoś tam nawet życzył mi nawrócenia, sporo osób twierdziło też, że jestem nudny tak potwornie, że nie wiedzą, jakim cudem udało się im przeczytać dany wpis. W większości przypadków taki atak napotykał na zdecydowany odwet. Ostry kontratak moich wiernych czytelniczek i czytelników. Wcale nie musiałem sobie brudzić rąk. To one i oni wykonywali za mnie brudną robotę. Osaczali intruza i zmuszali do ucieczki. I to nie raz, ani dwa tylko dokładnie tyle razy, ile było to potrzebne.

 Oczywiście, żeby ktoś stanął w Twojej obronie, musi Cię lubić. Cenić. Za co? Za dobry wpis. Za solidną rozrywkę. Za dowcip. Za talent. Za to, że pozwalasz mu na chwilę zapomnieć o dojmującej prozie życia. Czyli za to, o co od lat w czytaniu chodzi. Bez względu na to, czy piszesz na piasku, glinianej tabliczce, wołowej skórze, pudełku od zapałek czy tablecie. Bez względu. Niektórzy mawiają, że blog to okno na świat, albo że content is king. Ja tam jestem demokratą i słabo znam angielski. Powiedziałbym więc raczej, że treść jest ważna. W porządnej formie.

Drogie czytelniczki i czytelnicy. Ten osobliwy wpis jest osobliwy, bo bierze udział w konkursie „Od blogera do trendsettera”!
Będę więc wdzięczny za:

a) wyrozumiałość

b) wszelkie lajki, komentarze, szery i inne akty świadczące, że spotkał się ten wpis z żywym przyjęciem. Chyba nigdy dotąd Was o to nie prosiłem. Teraz proszę, choć też nie jakoś super mocno;-)

 

PS. Kazali dać w regulaminie #BlogUpdate2015, to daję: #BlogUpdate2015.

Porzućmy grube rury!

ojciec_wwwirgiliusz

Nie wiem czy łamię tym wpisem ciszę wyborczą. No ale trudno. Najwyżej pójdę siedzieć, bo ważną rzecz mam do powiedzenia. Ludzie opamiętajcie się! Nie bądźcie jak moja matka (a chyba pierwszy raz będę tu matkę swoją krytykował, bo wiadomo, że matka jak pierwsza miłość, jak pierwsza fizyczna miłość i pierwsza flaszka wódki wyrzygiwana całą noc jest tylko jedna), która powiedziała przy poprzednich wyborach: jak Duda wygra, to ja nie wiem, co sobie zrobię. Nic sobie nie zrobisz, pomyślałem w duchu. I rację miałem. Nic sobie nie zrobiła. Na zakupy jak chodziła tak chodzi, chleb kroi, obiad gotuje.

Wy też nic nie róbcie. Błagam. W niedzielę każdy kto będzie miał ochotę i dowód osobisty wypowie się w ważnych sprawach. I to wszystko. Bez względu na to, co potem się wydarzy, życie potoczy się dalej. Bez względu, kto wygra z kim, kto zostanie pokonany, kto będzie czarnym koniem, a kto starą chabetą. I na przykład choćby przyszło tysiąc Antonich Macierewiczów i aresztowałoby tysiąc agentów, to Królowa Matka nie pokocha wstawania rano. I nawet Petru i jego niewidzialna ręka rynku nie przewiną Miłego Młodego Człowieka za nas. Podobnie jak nie zrobi za nas tego pogłówny podatek Korwina. Kopacz z Szydło nawet przy wsparciu Nowackiej czy samego Millera nie odrobią za Oleńkę tych koszmarnych szlaczków, które rysuje co wieczór w ramach zadań domowych. I nawet Adrian Zandberg, mistrz ciętej riposty, nie zdoła mi wytłumaczyć czym tak naprawdę różni się kabaczek od dyni, a oni razem wzięci od patisona, skoro smakują tak samo?

Słowem - ludzie, politycy nie zmienią tych najważniejszych dla nas życiowych kwestii. Nie łudźmy się. Co gorsza... Jedziemy na tym samym wózku. Śnimy ten sam sen wariata. Jesteśmy na siebie skazani. Nie dzielmy się, nie wyklinajmy nawzajem, bo po wyborach będziemy nadal na siebie skazani. Będziemy musieli żyć razem: lemingi z oszołomami,  skrajni lewacy z moherami, pajace z durniami, panczeniści z czegewarystami. Wszyscy razem. Więc może nie masakrujmy się. Porzućmy grube rury. To tylko wybory.

 

PS

Oczywiście obywatelskim obowiązkiem i zaszczytem jest do wyborów pójść. I my z Królową Matką w otoczeniu dzieci pójdziemy. Wspólnie, zgodnie, kolektywne, pospołu, razem;-)

 

Z siłą 10 księży katolickich

ojciec_wwwirgiliusz

Każda duża (uwaga to nie jest wpis o uchodźcach) religia zwraca wielką uwagę na rolę modlitwy. A cóż to jest modlitwa? To mechaniczne powtarzanie pewnych zestawów słów. Replikowanie tej czynności przez odpowiednio długi czas pozwala osiągnąć, jak twierdzą niektórzy, stan porównywalny z najbardziej wyrafinowanymi narkotykami. Modlitwa przynosi nam ukojenie, spokój, poczucie roztopienia się w obietnicy przyszłego, lepszego życia. Może właśnie dlatego rodzice, ludzie przez los i własne geny zreplikowane do osobnych modeli, doświadczani niejednokrotnie ciężko, uciekają się do modlitwy. Nie znam rodzica, a uwierzcie znam ich wielu, którzy nie mieliby swojej własnej prywatnej litanii. Litanii, która powtarzana codziennie jest wołaniem o spokój, o zmianę, o dobro. Czy zostaje wysłuchana? No nie wiem.  Pachnie to wszystko Becketem raczej. Może to przez niewłaściwą treść? My z Królową Matką mamy mniej więcej taką litanię (to wersja okrojona i ocenzurowana oczywiście):

Odstaw buty do szafki, żebyśmy się choć jeden dzień o nie nie potykali. (2-5x dziennie)

Nie wylewaj całego szamponu podczas jednej kąpieli, moglibyśmy wziąć samochód na raty gdybyście przestali marnować tyle szamponów i płynów do kąpieli. (1 x dziennie)

Wyjmij śniadaniówkę z plecaka. (1x dziennie)

Nie zapomnij włożyć śniadaniówki do plecaka.(1x dziennie)

Nie chowaj wszystkich podręczników do plecaka, ale tylko te potrzebne. (1x dziennie)

Po skończonym posiłku chowamy naczynia do zmywarki. Ciekawe czy szybciej się tego nauczysz, czy odbierzesz dowód osobisty? (3x - 15x dziennie)

A ty nie wkładaj naczyń do zmywarki. Jesteś jeszcze za mały. (150x dziennie)

Tym bardziej nie wyjmuj naczyń ze zmywarki bo jesteś jeszcze za mały. (150x dziennie)

Nie właź tam. (1500x dziennie)

Złaź z tego. (1500x dziennie)

Odłóż nóż. Nie na obrus, na talerz! (5-10x dziennie)

Pościel łóżko. (2x2 dziennie)

Brudne rzeczy wsadź do kosza na brudne rzeczy. Właśnie dlatego go tak nazywamy. (2-6x dziennie)

Umyj zęby. (4-6x dziennie)

Umyj umywalkę po umyciu zębów. (4-6x dziennie) 

Wytrzyj podłogę po umyciu umywalki. (4-6x dziennie) 

Odsuń się od telewizora, bo oślepniesz (10x3 dziennie, bo oglądające telewizję dziecko słyszy dopiero 3-ci komunikat)

Nie wspinaj się oglądając telewizor nogami po ścianie, albo choć zdejmij buty! (10x3x dziennie bo oglądające telewizor dziecko słyszy dopiero 3-ci komunikat).

Ucałuję cię, ale śpij już. (1x dziennie)

Nie możesz siku. Byłaś siku 2 razy. (3 - 5x dziennie)

Modlimy się żarliwie. Wierzymy, że nasze modlitwy w końcu zostaną wysłuchane. Dziś, jutro, pojutrze. Kiedyś w przyszłości. Wierzymy, jak wierzyli nasi rodzice, dziadkowie i pradziadowie. Podejrzewam, że pierwsza tego typu litania powstała nawet nie w prasłowiańskim, ale praindoeuropejskim języku. Co nie znaczy, że kiedyś się nie uda. Może się udać. Tylko trzeba się tylko dużo modlić. My się modlimy. Myślę, że są takie dni, że ja jeśli chodzi o czas modlitwy to osiągam wydajność 10 mechanicznych księży katolickich. Królowa Matka, jak jest w formie, to sądzę, że śmiało dobija do wydajności 25 mechanicznych księży katolickich. Jak to możliwe? Ona jeszcze prowadzi swoją równoległą litanię do mnie, a bywają takie dni, że także i, tak tak, do siebie. Jest to bardzo pobożna kobieta.

 

Kobieta za kierownicą

ojciec_wwwirgiliusz

 Rowerem do naszych zakładów pracy i nauki w miarę możliwości jeździmy dalej i nasze obserwacje na temat nierównoległych bab nadal pozostają w mocy. Niemniej jednak nastąpiły pewne zmiany. Co raz częściej Ola porusza się we własnym zakresie, na własnym rowerze. Nauczyła się bowiem, kosztem wielu wylanych łez i awantur, utrzymywać równowagę na dwuśladowcu i teraz najchętniej jeździła by nim wszędzie.

A więc, co rano to może nie, ale dość często przemierzamy drogę rowerową naszego miasta, która prowadzi nas do szkoły Oleńki. Ona jedzie pierwsza, ja o podążam o pół koła za nią, wspierając dobrym słowem i instrukcjami. Uwierzcie mi, jest ich dużo. Bo dużo też mam obserwacji na temat małej kobietki na dwóch kółkach:

Mała kobietka na dwóch kółkach bywa płochliwa, a wtedy niespodzianie skręci w lewo lub w prawo, albo zatrzyma się w trybie awaryjnym powodując znacznie utrudnienia na dość uczęszczanej drodze rowerowej.

Mała kobietka na dwóch kółkach potrafi być nieustraszona i iść na czołówkę z każdym (emerytka z torbami, wózek dziecięcy, zaparkowane na chodniku auto dostawcze), jeśli padł rozkaz jechać, a nie dosłyszała rozkazu zatrzymaj się!

Mała kobietka na dwóch kółkach jest dociekliwa i gdy zmienia przerzutkę w swoich wehikule, to musi wzrokowo kontrolować przebieg tego procesu, co nie pozostaje bez wpływu na ruchy kierownicą.

Mała kobietka na dwóch kółkach bywa roztrzepana i zamiast zaciągnąć tylny, potrafi użyć przedniego hamulca, a potem dziwić się, że stalowy rumak wysadził ją z siodła.

Mała kobietka na dwóch kółkach lubi czasem się gwałtownie rozpędzić, najlepiej jak ma kilkanaście metrów do przejścia dla pieszych, które ozdabia właśnie czerwone światło.

Mała kobietka na dwóch kółkach niejednokrotnie celebruje życie i stateczną, powolną jazdę, gdy droga jest długa, szeroka i wolna od pieszych.

Mała kobietka lubi czasem ostrą jazdę i nawet gdy hamuje nie przestaje pedałować. Podobnie zachowuje się podczas zjeżdżania z ostrej góry. Hamuje, pedałuje i chwilami piszczy ze strachu. A ja słyszę, jak pan w serwisie rowerowym już zaciera swoje chytre na złotówki rączki.

Mała kobietka czasem się zamyśli, a wtedy rower pozbawiony napędu traci równowagę. A z nim mała kobietka, a wtedy także moja równowaga psychiczna zaczyna się niebezpiecznie kolebać.

Taka jest moja Oleńka, moja mała kobietka na dwóch kółkach. Oczywiście ktoś bystry zauważy, że mógłbym z pomocą tego małego rowerka trojańskiego próbować opowiedzieć coś zupełnie innego. Coś o dużych kobietkach za kółkiem, na czterech kółkach. Mógłbym, ale nie zrobię tego. Bo w naszej rodzinie, kiedy trzeba zaparkować w naprawdę ciasnym miejscu, to przesiadamy się tak, żeby to Królowa Matka znalazła się za kierownicą. A gdy KM nie podoba się jak prowadzę to mawia: Co się z tobą dzisiaj dzieje? Jeździsz jak stara baba!

 

Napoleon to gimbus

ojciec_wwwirgiliusz

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Marszałek Piłsudski stoi pochylony nad mapą w swoim sztabie. Wkrótce  zdecydują się losy Polski. Rozegra się słynna bitwa warszawska. Na sali jest pełno facetów, od dymu papierosowego aż szczypie w oczy. Generały, pułkowniki, jacyś francuscy doradcy, całe to towarzystwo zastanawia się jak zatrzymać bolszewików. I nagle słyszymy głośne, przepraszam, przepraszam, przepraszam. To jakaś baba z siatami przepycha się do mapy. W lewej ręce torba a w niej 5 kg ziemniaków, w prawej damska torebka, z której wystaje okazały por. Kobieta bezceremonialnie i skutecznie przebija się przez gęsty tłum mundurowych i jest już bardzo blisko celu. Ktoś wzywa straż, żeby ją wyprowadzić, ale adiutant marszałka odwołuje rozkaz. Bo to sam Piłsudski kazał ją wezwać. Na pilną konsultację. No więc niezbyt elegancka pani podchodzi do mapy, daje marszałkowi do potrzymania pięć kg ziemniaków, przekłada damską torebkę w lewą rękę i dłuższą chwilę lustruje mapę. Marszałek półgłosem, w krótkich żołnierskich słowach referuje sytuację. Charakteryzuje jednostki, określa ich sytuację. Kobieta kiwa głową, a potem pokazując paluchem na mapę mówi:

- Ci tu, tamci tu, a wtedy ci tutaj i pozamiatane.

- No ba, ale czy to się uda? - pyta marszałek

- Powinno. Chyba, że ktoś coś spieprzy. Ale innej opcji nie widzę - odpowiada kobieta dodając na koniec - Muszę iść, bo mi się rosół wygotuje.

Czy tak było? Tego nawet Wołoszański nam nie potwierdzi. Jestem jednak pewien, że tak być mogło. Bo każda czynna matka i każdy czynny ojciec musi być logistykiem, strategiem i taktykiem najwyższej klasy. Musi planować i to szybko. Nie nad mapą sztabową lecz nad przysłowiowym garem rosołu. Rozwiązywać problem, jak następnego dnia w 3 kwadranse przejechać polskie miasto. Podczas tego myślenia ktoś często ciągnie go za nogę, ktoś inny właśnie zwalił się z regału i beczy. Trzeba pójść zobaczyć, ile z niego zostało i stwierdzić, czy w ogóle będzie co zawozić jutro do przedszkola. Potem wymyślić obiad, na pojutrze, bo bez wymyślenia tego nie zrobi się jutrzejszych zakupów sensownych,a bez zakupów... - wiadomo. Pomyśleć o przeglądzie auta, zmianie opon. Mieć na uwadze kalendarz szczepień i prace semestralne. Skutecznie odeprzeć jesienny atak wywiadówek i zebrań. Kupić strój na balet i buty do tenisa. A tu okna wołają o umycie, ciuchy o wyprasowanie, a zimowe buty dziecięce o pokoleniową wymianę. Ci od kredytu hipotecznego czegoś znów chcą, a z nimi lepiej nie zadzierać. Doprawdy - w porównaniu z tym Napoleon to zwyczajny gimbus, który już po tygodniu takiego życia, jakie ma Królowa Matka, zwiałby z płaczem. Nie żebym przyznawał tym samym, że wszystko jest na jej głowie. Ona tak oczywiście twierdzi. Ja twierdzę zupełnie odwrotnie. Że moja głowa też ma swoje do noszenia. Co jakiś czas wybuchają na tym tle dyskusje, a ich wynik raczej wyrównany. Każdy zostaje przy swoim. A jak któremuś z nas przydarzy się, że zostaje sam na parę dni, to w duchu przyznaje, że jednak i druga strona sporo robi. Sporo.

Rodzic jest wodzem, który nigdy nie odpoczywa, bo jego bitwy się nie kończą, tylko płynnie przechodzą z jednej w drugą. I nawet gdy na chwilę sytuacja na froncie się uspokaja, to i tak jest co robić. Bo trzeba poprawić okopy, uzupełnić zapasy i naostrzyć bagnet. W oczekiwaniu na następną serię niefortunnych zdarzeń. Bo są takie dni, bo są takie tygodnie, kiedy naprawdę wszystko, ale absolutnie wszystko jest policzone do ostatniej sekundy. I nikogo nie powinien dziwić widok człowieka, który, po pościgu za tramwajem zwiewającego mu sprzed nosa, zatrzymuje się wreszcie, patrzy na zegarek i mówi (mimo, że to dopiero poniedziałek), No to kurfa maź, obiadu w niedzielę nie będzie. Nie da rady.

© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci