Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

Czego nie wiedziałem o byciu ojcem?

ojciec_wwwirgiliusz

Czego nie wiedziałem o byciu ojcem? Wielu rzeczy. Bardzo wielu. Jednej chyba jednak nie wiedziałem najbardziej. Nikt mi nie powiedział, że do moich obowiązków należeć będzie chodzenie z dziećmi do kina. I że mi się to spodoba. Bo to inna sprawa niż włączenie telewizora. Kino to rytuał, w którym równie ważny jest wybór filmu jak i powrót z niego, gdzie pada sakramentalne: I co ci się najbardziej podobało?


Nikt mi też nie powiedział, co będzie na koniec większości bajek. Że oczy mi się zaszklą jak głównemu bohaterowi piosenki Biały miś, że kryć będę wzruszenie w rękawie, a jeśli tegoż zabraknie, to w zagłówku fotela.
No przecież że nie od treści. Nie płakałem na Titanicu, to i Piękna i Bestia a nawet Pocahontas ruszać mnie nie powinny. Nie animowane pluszaki za katharsis odpowiadają, ale radość z posiadania i strach o zdrowie oraz życie dzieci moich. Nie jestem z tym sam. Niejedną matkę tusz przy rzęsach poprawiającą i niejednego ojca zasłaniającego buziuchnę kapturem widziałem. Z czego się płaczecie? Z samych siebie się płaczecie. Tak wam za Gogolem powiem.
I tego faktycznie się nie spodziewałem.

 FullSizeRender9

Tekst ten został wyróżniony (znów tylko wyróżniony zawsze wyróżniony, nigdy kurna felek pierwszy) w konkursie:

http://tata.gazeta.pl/dove/0,152346,22010830.html

 

Jak Jarosław zrealizował american dream

ojciec_wwwirgiliusz

Czy trzymać dzieci z dala od polityki? Jak niby mielibyśmy to zrobić? Pokolenie mojego ojca w powojennych ruinach bawiło w rozstrzeliwanie Żydów, bo dzieci naśladują dorosłych. Ja z kolegami biłem się do nieprzytomności o to, kto ma być załogą Czterech pancernych, a kto głupimi Szkopami. Szkopy, wiadomo, mieli lepsze uzbrojenie, ale cienkie role do odegrania - łapiesz się za brzuch i upadasz.

Gdy moja najstarsza córka miała bal karnawałowy, chłopcy się przebierali za funkcjonariuszy. Mieli kurtki z żarowiastym napisem CBA, który pewnie niejednemu rodzicowi krew w żyłach mroziła. Powiadają, że wtedy niektórzy kładli się spać do łóżka w garniturach, bo lepiej się wygląda w telewizji jako wyprowadzany w garniturze niż piżamie. To były czasy pierwszych rządów w PiSu w koalicji LPR, której przewodził obecny czołowy opozycjonista.

No więc mamy ustalone - od polityki uciec się nie da. Czerpmy więc z niej przykłady. Najlepiej pozytywne. Najlepiej jakieś wzorce dla młodzieży. Na przykład realizujące amerykańskie historie od pucybuta do Donalda T, który teraz miłościwie tweetuje nam z Białego Domu. My też mamy swojego bohatera, który dużo lepiej (bo start miał znacznie trudniejszy, co za sztuka urodzić się jako syn milionera i po prostu tego nie spieprzyć?) pokazał te cechy, które amerykanie otaczają kultem. Musisz wiedzieć czego chcesz, wierzyć w to i nigdy się nie poddawać. Taki właśnie był, jest i pewnie jeszcze długo będzie Jarosław. Tak, tak, ten. Z tych Jarosławów. To jest najprawdziwszy zrealizowany american dream, stuprocentowy materiał na film. I to jaki! Zróbmy sobie test producenta w windzie. Zasady są znane. Spotykasz ważnego człowieka od filmów w hotelowej windzie i masz niewiele ponad minutę, by opowiedzieć mu swój film. Uwaga 3, 2, 1 - START.

Jest sobie chłopak z dobrego warszawskiego domu, który marzy o tym, aby zostać emerytowanym mężem stanu. Udziela się politycznie, nawet zostaje doradcą prezydenta, ale przez wrodzoną kłótliwość marnuje wszystko, co osiągnął. Trafia na margines życia politycznego, gdzie z braku lepszych pomysłów zabawia się w palenie kukły byłego przyjaciela-prezydenta. Potem jest jeszcze gorzej, ale z niebytu, czyśćca wyciąga go nominacja jego brata-bliźniaka na ministra. Łapie tę szansę, buduje wielką partię, która wygrywa wybory parlamentarne, a jego brat zostaje prezydentem. Niestety wrodzona kłótliwość znów prowadzi go do klęski. Ale wtedy następuje nagły zwrot akcji - jego brat ginie w katastrofie lotniczej. I tej szansy już Jarosław nie marnuje. Zostaje najważniejszym człowiekiem w Polsce, a pół Europy zastanawia się, co teraz zrobi. Jak daleko się posunie. Osiąga sukces. Sukces, w który 15 lat wcześniej nikt by nie uwierzył.


Każdy może być taki jak on. Jeśli tylko będzie bardzo wierzyć, w to co robi i nigdy się nie podda. A także, o ile będzie miał w sobie dość bezwzględności i pogardy dla ludzi z przeciwnej strony barykady.

Poranek BOR-owca

ojciec_wwwirgiliusz

Kto rano się budzi w dobrym humorze ten jest kanalia zwykłą - twierdził autor "Moskwy-Pietuszki". My z synem się z tym zgadzamy w 100% i budzimy się zazwyczaj w nastroju słabym. Nieszczególnym. Kiepskim.  No kurwa złym. Złym, skorym do przemocy i rozlewu krwi. Dlatego też dzień (staram się) zaczynać od dalekowschodnich metod medytacyjnych, które pozwalają mi wsunąć się w ranek niczym kwiat lotosu. No chyba, że wcześniej coś lub ktoś mnie wnerwkurwi. To wtedy nie. Miły Młody Człowiek zaczyna dzień od sakramentalnego pytania, czy idziemy dziś na trening. To z jego strony takie pytanie jak Hitlera, czy oddamy Gdańsk oraz korytarz. Ja jak Józef  Beck odpowiadam, że jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, z którą się nie negocjuje... I jest to kalendarz. Treningi mamy w soboty a dziś jest (na przykład) środa. I wtedy on się wścieka. Ja przypominam sobie, że jestem kwiatem lotosu unoszącym się na oceanie czegoś tam. Przypominam sobie, ile guzików oddał Beck. Przypominam sobie, jak skończył się futbol na tak Engela. Przypominam sobie, że przemoc nie jest rozwiązaniem. Włączam MMC bajkę i czekam. Czekam aż jego złość zacznie tajać jak bałwan na wiosnę, albo jak uczciwość partii zwycięskiej pod wpływem szansy na stanowiska w radach nadzorczych. I na ogól udaje się. Już po pół godzinie możemy sunąć do przedszkola.


I to jest najlepszy moment dnia. Choć wymagający. Bo muszę być BOR-wcem, psem owczarkiem i policyjnym negocjatorem w jednym, który ma za zadanie obstawić przejazd mojego VIP-a rowerem typu odpychacz do przedszkola tak, żeby go nikt nie potrącił, ale żeby też się nie wściekł, że mu zbyt często czegoś zabraniam, każę lub ograniczam. (Nie krzykaj na mnie tata!). Uciekam się do różnych metod operacyjnych. Czasem jesteśmy złodziejami i policja. Ja uciekam, on mnie goni. Dogania przed pasami i wtedy jest ten moment kiedy aresztanci idą pod ręce z policją. Innego dnia jestem spidermanem a MMC batmanem. Niekiedy kłócimy się po prostu, aż policja musi podstawiać doborowe oddziały, które niejednemu kibolowi w oczy zajrzały i się nie ulękły, żeby nas uspokoić. Czasem zaś robimy wyścig, który oczywiście finisz ma pod przedszkolem. I tam zawsze po morderczym pojedynku na ostatnich metrach spektakularnie przegrywam. Zawsze przegrywam.
- To ciekawe - zainteresował się kiedyś jeden ojciec co właśnie też przegrał wyścig - Ja też ciągle przegrywam. Zawsze.

I to jest trudne, ale satysfakcjonujące. Bo rozwalić się bumą o drzewo w Oświęcimiu to każdy pajac w garniturze potrafi, ale odstawić syna na czas i na miejsce... No kochani. To trzeba być już co najmniej spidermanem. Ja jestem, choć potem czasem spływam potem jak Juventus po finale Ligi Mistrzów.

Piękne jest natomiast to jak traktują nas kierowcy. Pamiętajmy, że to ranek, a rankami mężczyźni są źli. Posępni. Ponurzy. Skłonni do złości i przelewu krwi. Ale nie wtedy, gdy widzą MMC na rowerku. Wtedy dają po heblach aż asfalt się zwija, żeby tylko przepuścić nasz konwój przez ulicę. Machają przyjaźnie, uśmiechają się jak Duda do elektoratu. Nie tylko kierowcy tak reagują. Tak samo zachowują się piesi. Nie ważne, że komuś tam Młody wjechał w łydkę, że trzeba się przykleić do muru, żeby mu ułatwić przejazd. Spotykają nas same przyjazne gesty. Rzeczowe techniczne uwagi, dopingowanie uciekających złodziej, albo (zależnie kim jest MMC) wspieranie dzielnego funkcjonariusza na służbie podczas czynności to jest pościgu. Nawet złomiarze zionącym porannym kacem mają dla niego dobre słowo. Odkryłem po prostu mechanizm, w którym u mężczyzn uwalnia się oksytocyna. Wywołuje ją widok małego mężczyzny na jego małej maszynie. To magiczny obraz, który dużych i smutnych chłopców przenosi w czasy dzieciństwa. Odziera ciało z garniturów, służbowych uniformów, ściera z ryja wieczną frustrację oraz wczorajsze błędy w diecie i napojach. Znów przez chwilę się czują jak mali chłopcy na rowerku.

W lesie i w tinderze

ojciec_wwwirgiliusz

Aura sprzyja udaniu się do lasu, póki jeszcze nie okopała się tam na dobre maciarewiczowska gerilla terytorialna. Dzieciom takie wyprawy służą. Można zbanować telewizję, skonfiskować tablety, a potem przeżywszy symulację ataków padaczkowych, przeżywszy grozę ataków furii włącznie z gryzieniem, kopaniem i drapaniem zawlec potomków do lasu i edukować i pokazywać. To lepsze od szkoły. Bo kto lubi szkołę? Gimnazja zamknąć musieli, żeby znaleźli się ci, którzy (podobno od zawsze) są ich gorącymi zwolennikami. Szkoła jest jak balet albo koncert muzyki klasycznej. Wszyscy wiedzą, że istnieć musi, ale iść tam? Już jutro? Nie, nie. To już może lepiej później. Jakoś za tydzień.

Za to w lesie wszystko prowokuje do mądrej rozmowy. Proszę bardzo, oto przykład. Znajdujemy szyszkę. Od szyszki do drzewa. Albo nie. Szyszkę jednak odłóżmy na miejsce, bo jeszcze wywołamy Szyszkę z lasu i będzie po drzewach. Weźmy taki owoc leszczyny. I teraz bardzo ładnie przebiegamy od laskowego orzeszka do giętkiego pędu. Nagonasienne i okrytonasienne. Ładne to, estetyczne i bez brzydkich skojarzeń. W lesie trudniej przecież o gejowski seks, o czym boleśnie przekonali się bywalcy osławionego poznańskiego zoo, gdzie dwa słonie uprawiały sodomię męsko-męską. Zgroza!!!

Wracajmy więc do szyszki to jest orzeszka. Orzeszek spadł z drzewa. Na drzewie siedzi kukułka i kuka. A po co ona kuka, zapytają drogie (na same sandały wydaliśmy w tym miesiącu równowartość 50 piw rzemieślniczych) dzieci. No to się przysłuchajmy mowie ptaków. Generalnie, jak to u ptaków, przewijają się dwa tematy. Seks i przemoc. Przywoływania w celu założenia gniazda, albo nawoływanie do wypieprzania jak najdalej, bo to mój teren. Słyszycie jak krzyczą? Łąka dla wróblaków. Przybłędy wracajcie do Afryki. Zmień drzewo, bo jak ci przykukam to cię rodzona matka nie pozna...

Że też nikt jeszcze na las nie nałożył kontroli rodzicielskiej. Niech ich szlag Krzyżaków.

 

Prawicowe zboczenie seksualne

ojciec_wwwirgiliusz

Wyniki wyborów we Francji obnażyły pewne zboczenie seksualne prawicowych publicystów. Chodzi natomiast o podniecanie się wiekiem cudzej żony, na tle wieku cudzego męża. Osobliwe to, bo przecież każdy dorosły mężczyzna zna serwisy ze sprośnościami, gdzie takie konfiguracje można sobie w domowych pieleszach czy też w redakcji prawicowej gazety (jeśliś odważny) obejrzeć. Skąd więc to niezdrowe podniecenie, że dorosły pan pojął za żonę dorosłą panią, która od niego jest starsza. Ogólnie rzecz biorąc są dwie możliwości:

Pierwsza jest taka, że nie jest to podniecanie się naturalne. Podniecanie pozamózgowe. Seks w przypadku prawicowych (szkoda w ogóle tego słowa na tych smutnych nieuków) publicystów jest oczywiście narzędziem jeno, kijem, którym można bić w mordę lewaka. Wyobraźmy sobie, że jest odwrotnie, że to Emmanuel Macron został harcownikiem i ostatnią nadzieją prawicy, a Marine Le Pen reprezentuje lewicę. Dam sobie głowę uciąć, iż wtedy małżonka prezydenta-elekta byłaby dowodem na jego odwagę cywilną, wytrwałość, wierność i stałość w uczuciach, a Le Pen to byłby wstrętny babochłop w spodniach, który terroryzuje (zapewne) swojego męża. Na tej samej zasadzie Trump zostałby żałosnym podstarzałym lowelasem ze źle dopasowanym tupecikiem.FullSizeRender8

Druga możliwość (nie wiem, która gorsza) to taka, że te wszystkie ziemkiewicze naprawdę są takimi kołtunami. Naprawdę tak kiepsko o mężczyznach i kobietach myślą. Że ich mózgi nie różnią się niczym (poza wiekiem hehe) od mózgu gimbusa, którego rodzice na zbyt długo zostawili z szybkim internetem.

Tak czy owak chciałbym przypomnieć (sobie głównie chyba, bo przecież to są sprawy oczywiste), że to kto z kim się żeni, albo za kogo wychodzi za mąż, jest jego osobistą sprawą. Nie powinno się z tego żartować. Ani z Macroniego, ani samotności Kaczyńskiego, ani w ogóle. Jak powiadał mój (nie)świętej pamięci ojciec: Jeden lubi rybki, a drugi, jak mu nogi śmierdzą. I to wszystko na ten temat.

 

Nawiasem mówiąc Królowa Matka też jest starsza ode mnie. O rok tylko. Nie wiem, czy to by wystarczyło by podniecić Ziemkiewicza. Na szczęście on o moim istnieniu nie wie. Ja o jego wiem. Niestety.

© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci