Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

Epitafium dla Kaczmarskiego

ojciec_wwwirgiliusz

Obecnie chyba przebywa w literackim czyśccu. Tak bywa. Posiedział tam Stachura, siedzi Szczypiorski. Spokojnie. Wypłynie. Dobrzy zawsze wypływają. A Jacek Kaczmarski wielkim poetą był. Nie żadnym tam bardem Solidarności. Nie bardem lecz kimś znacznie większym. No ale my Polaki tak mamy, najchętniej przykleić łatkę, kij w dupę, żeby się wypchany prosto i sztywno trzymał i na półeczkę w muzeum wio! Ale "Encore, jeszcze raz", usłyszane, a nie odskandowane w tłumie "Mury", perełki z "Wojny postu z karnawałem" i wiele wiele innych im tę półeczkę rozsadzi. Oj rozsadzi. 

Powiadają, że po Oświęcimiu trudno uwierzyć w obecność Boga. Ja z kolei sądzę, że po Kurskim, który z pomocą Kaczmarskiego lansował się na scenie, trzeba w Boga uwierzyć od nowa, a jeszcze bardziej w jego GIGANTYCZNE poczucie humoru. Bo to przecież ten chłopak z gitarą co jedzie "Obławę" to ten sam słynny kolekcjoner mandatów, zdobytych w terenowym BMW, posiadacz skromnej leśniczówki w lesie kupionej za (pół)darmo, selfie-man (z ruska można by powiedzieć samojebnyjcieławiek)  z Majdanu, wierny lizopupil prezesa, a ostatnio też wielka miotła wymiatająca z TVP resztki fachowości. Partyjny aparatczyk śpiewa piosenki Kaczmarskiego. Pachnie to wszystko wczesnym Mrożkiem

Kaczmarski gdyby żył miałby dzis lat 60. I nieźle dałby popalić obecnej władzy. Tego jestem pewien. Może by mu się najpierw podlizywali, a gdyby rypnął ich jakąś zasłużoną piosenką, zaczęli by szukać kwitów. To jedyne, co potrafią. Jak napisał inny wielki poeta, Jerzy Lec, kurduple kopią po kostkach, bo tylko tam sięgają. Tymczasem polecam Waszej uwadze pierwsze trzy z brzegu. Nie zestarzały się prawda? Czasy takie, że wiersze te wciąż boleśnie aktualne pozostają. Ja w każdym razie nadal nie lubię, nadal cieszę się, że mały kapral jeszcze nie obwołał się, a w wolnych chwilach próbuję ocalić to, co najprostsze:

 

 

Miły Młody Człowiek w muzeum

ojciec_wwwirgiliusz

Miły Młody Człowiek do muzeum sztuki wszedł absolutnie za darmo. Uważam to za duże świństwo i cwaniactwo ze strony dyrekcji tej szanowanej, bądź co bądź (końcu to nie było muzeum, które wziął na celownik minister Gliński) instytucji. Za odwiedziny MMC powinni nam płacić i to dużo. Już po kwadransie poczynania nasze śledził spory tłumek, a gdy wychodziliśmy z płaczem (moim i jego) ludzie prosili o autografy i pytali, kiedy przyjdziemy znowu.

Zacznijmy od tego, że muzeum nasze posiada wiele cennych zbiorów sztuki najnowszej jak oraz tej jak najbardziej zmurszałej i ogólnie się Miłemu Młodemu Człowiekowi ono podobało. Przynajmniej od momentu kupowania biletów aż do chwili oddawania płaszczy do szatni czyli jakieś 35 sekund. Potem pod wpływem sztuki jego ciało zrobiło się wiotkie, jakby pozbawione kości i Miły Młody Człowiek snuł się za peletonem niby smród za wojskiem.
Nie twierdzę, że nudziło go wszystko. Parę cennych błyskotliwych dialogów o sztuce przeprowadziliśmy.
- Co to jest?
- Gaśnica.
- Chcę zrobić temu zdjęcie dla mamy. Daj mi telefon.
- Nie mogę, tu jest zakaz fotografowania, synku.
Ale w tłumku naszych uczniów i naśladowców był też strażnik, który na te słowa pomachał ręką, że nie, że ok, że można robić zdjęcia i nie ma co psuć zabawy. Zrobiliśmy więc zdjęcie gaśnicy. Wyglądała tak:

IMG_5841
Potem jego uwagę przykuł alarm:
- Co to jest?
- Włącznik alarmu.
- Chcę to włączyć
- Nie wolno, bo będzie wył alarm a ten pan (pokazałem palcem na złamasa, który 5 minut wcześniej ku uciesze tłumu zezwolił na zrobienie zdjęć) będzie krzyczał.
Miły Młody Człowiek odpuścił wciskanie, strażnik się obraził i poszedł na swój fotel. Ustaliliśmy jeszcze, że kolejny eksponat - okno - jest zamknięte i zamknięte pozostanie. I to by było na tyle, jeśli chodzi o zainteresowanie sztuką. Wróblewskiego próbował opluć. Nowosielskiego zrzucić ze ściany, na instalacji Hasiora się położyć, co było bezpośrednim zagrożeniem dla jego życia i zdrowia. Ostatecznie niosłem go nadętego i zważonego na rękach, a on mijając kolejne arcydzieła kwitował tylko na szybko: Do domu; chcę do mamy; boje się tego; straszne; Dziwne; Co to jest? Dlaczego to tu wisi? Idziemy już? Kiedy pójdziemy?...
Nie tylko wobec sztuki nowoczesnej był tak surowy. Mroki średniowiecza także go nie brały. Ani renesans, ani rozbrykany barok, ani nawet ugrzeczniony klasycyzm. Matejko, Grottger, Siemiradzki? Dla niego jeden pies! Rembrant? Było! Van Gogh? Metr mułu. Kuszenie Jezusa w Ogrójcu? Nuda! Myśliciel Rodena? Jedynka lepsza!
Odżył dopiero za drzwiami wyjściowymi z muzeum. Drzwiami, których ani on ani ja zbyt szybko pewnie nie przekroczymy.

Niedocukrzeni

ojciec_wwwirgiliusz

Miły Młody Człowiek co sobotę chodzi na piłkę. Czy to ja go zapisałem? Ja. Czy ja z nim chodzę? Ja. Czy mam z tym problem? Mam. Wolałbym oczywiście, aby przesiadywał w bibliotece miejskiej, bo ja w jego wieku kończyłem już "Ogniem i mieczem", ale po pierwsze trzeba uszanować zainteresowania Twojego dziecka, po drugie widząc, jak skończyłem, gdzie pracuję i czym na życie zarabiam, to co ja mu w ogóle będę...

Trochę człowieka martwi, że podczas gdy ulubioną piosenką MMC jest jak na razie "Pan policjant porządku pilnuje..." to ojciec jego kolegi z drużyny chwalił się trenerowi, że uczy swojego potomka kibolskich zaśpiewek łącznie z tymi o policji czyli, jak sądzę, chodzi o "Zawsze i wszędzie policja uprawiana seks będzie". Jest to pewien problem, ale przecież zawsze tak jest, gdy wykształciuch spotka się z prawdziwym życiem, także stadionowym. Bardziej mnie martwi, że Miły Młody Człowiek od połowy treningu zaczyna się zachowywać dziwnie. To znaczy dokładnie tak jak polska reprezentacja przed Nawałką w momencie gdy przeciwnik wlepił jej skandalicznie łatwą bramkę zwaną szmatą. MMC płacze, pokłada się po murawie, kłóci z kolegami, a nawet wychodzi do szatni i mówi, że już nie chce grać w piłkę...

FullSizeRender12

Tę samą piłkę na którą czeka cały tydzień, o którą pyta każdego ranka, na którą pakuje się już w piątek wieczór i na którą ciągnie mnie co sobotę. Ponieważ drużyna nie ma dyżurnego psychologa, musiałem rozwiązania poszukać sam. Nie będę Was zanudzał opisami, jak na to wpadłem, ale w każdym razie odkryłem, że w czasie, w którym MCC ma trening, normalnie w przedszkolu je drugie śniadanie. Czyli proste - przyczyną zachowywania się jak debil jest spadek cukru. Niedocukrzenie pospolite. Odtąd wpycham w niego banana przed treningiem, a dodatkowo mam w kieszeni pokruszonego herbatnika i w wolnych chwilach docukrowywuję go, jakby powiedział Adaś Miauczyński. Pomogło. I pomyślałem sobie, że takich niedocukrowanych jest więcej. Szczególnie na pierwszych stronach gazet. Sądzę, że im także mogłyby pomóc odpowiednie słodycze. Na przykład dla Jarosława K. miałbym klasyczną, elegancką bombonierkę emerytowanego zbawcy narodu. Rysiowi P. sprezentowałbym torbę czekocukierków madera, pardon - malaga! Dla Antoniego M. najlepiej pasują Haribo słodkie misie. Ojciec R. najszybciej rozchmurzyłby się przy pierniku, Lech W. powinien skosztować kawałek czekoladowego Małysza, drugiego równie słynnego skoczka w historii Polski. I tak dalej i tak dalej. A jak ktoś dalej zachowuje się jak gówniarz, mimo docukrowania to polecam zabawę, którą wymyślił nasz trener. BEREK KIBELEK.

MMC-exit

ojciec_wwwirgiliusz

Syn mój, skądinąd oficjalnie Miły Młody Człowiek, zachowuje się ostatnio wobec przedszkola jak PiS wobec UE.

Rankami jest na nie. Zdecydowanie. Kiedy tylko wyciąga rękę po poranne mleko, informuje mnie lojalnie, że do przedszkola nie pójdzie. Potem pije mleko, ogląda umówioną bajkę, a następnie robi dziką awanturę. Zaczynamy od kwitów. Podtykam mu pod nos umowy i zobowiązania, która dnia poprzedniego własnoręcznie (umowa paluszowa!) przed matką swoją i siostrą poręczył. Ale on jest jak Wałęsa w sprawie współpracy. Twierdzi, że był młody, zastraszony... Niczego nie podpisał, niczego nie pamięta, a jeśli nawet, jeśli załóżmy, czysto teoretycznie, że podpisał, to odwołuje, chrzani to i nigdzie nie idzie.

No więc ja na to zachowuję się jak typowy zły esbek i mówię: Oj, bo się pogniewamy.
On nadal odmawia współpracy. Ja ubieram swoje buty, swoją kurtkę i zakładam torbę a potem gonię go po mieszkaniu i ubieram na siłę. Gdy skończę Miły Młody Człowiek spływa łzami, ja cały lepię się od potu, bo jest mi gorąco. Gdybym ubrał najpierw jego a potem siebie, to wtedy MMC błyskawicznie się rozdzieje. Sprawdzaliśmy.
Potem schodzimy z trzeciego piętra, pakujemy się na fotelik rowerowy i jedziemy do przedszkola. Na sygnale ciągłym.
- Mamooo. Maaaaamusiu. Chcę do mamy - drze się Miły Młody Człowiek jednocześnie kolebiąc rowerem. Tu także jest podobny do starszych przedszkolaków z PiS-u. Kolebie czymś, co jak się wypieprzy, wypieprzy też jego i to prosto na chodnik, ale ma to gdzieś. Jego celem jest zrobienie maksymalnej trzody.I jest w tym dobry, cholernie dobry. Dlatego też nie jadę do celu najkrótszą drogą. Kluczę, zmieniam trasy i godziny przejazdu. Boję, że policja już na mnie poluje. Nie dziwię się im. Na ich miejscu też bym polował. Po tylu telefonach od sąsiadów, żeby coś z tym zrobili, po tylu zgłoszeniach od przechodniów, że jakiś ponury rzeźnik wiezie malucha przytroczonego do fotelika, a ten wzywa swoją matkę na pomoc.

W przedszkolu przynajmniej nikt mnie nie ocenia, nie wyśmiewa, nie próbuje podpieprzyć na policję. Fachowo i sprawnie przejmują kopiącego wrzaskuna i odprowadzają do celi to jest do stolika. I mam wolne. Łykam środki uspokokajające, popijam setką wódki i mogę lecieć do pracy.

A po popołudniu? Miły Młody Człowiek zapomina, że negował instytucję przedszkola, że to jest niszczenie jego suwerenności, jego tożsamości. Kradzież wolności. Nie pamięta, że był przeciw. Teraz jest czas cieszenia się z sowitych dotacji i atrakcji. Wychodząc karci Królową Matkę, że przyszła po niego zbyt szybko i nie zdążył się dostatecznie długo pobawić. Informuje, że zjadł pyszny obiadek, że się doskonale bawił. Przybija sobie piąteczkę z kolegami, z którymi koniecznie musi się spotkać następnego dnia. Macha do pani, która zapewnia, że był przeuroczy, fatastyczny, milusiński. Jak zawsze zresztą. Pani ma na to kwity. Zdjęcia filmy, relacje świadków. Zresztą - Miły Młody Człowiek nie zamierza zaprzeczać.

Słowem robi ze mnie Waszczykowskiego a chwilami nawet Syryusza Wolskiego.

Najczęstsza przyczyna rozwodów

ojciec_wwwirgiliusz

Najczęstsza przyczyna rozwodów? Jest nią bezduszność, grubiaństwo, brak empatii czyli po prostu najczystsze skurczysyństwo pierwszej wody. To największy morderca małżeństw! Seryjny wręcz! Przykład? Proszę bardzo:

Zwykła codzienna (chciałoby się rzec drobnomieszczańska) sytuacja. Małe, kameralne spotkanie. Odwiedziny starych przyjaciół albo rodziców czyli obiad lub kolacja na dwie pary. Rozmowa toczy się leniwie, ale inteligentnie. Wszyscy się znają, lubią i rozumieją, więc nie padają nieprzemyślane zbyt odważne, czy mówiąc wprost, niesmaczne żarty. Tematy niebezpieczne omijane są szerokim łukiem. Jeśli niebezpieczna jest polityka, to omija się politykę, jeśli niemiłe są poczynania papieża Franciszka, to papież Franciszek do tego domu i stołu dostępu nie ma. Podobnie jest z kulinariami. Tylko sprawdzone, tylko hity. To co każdy z obecnych choć raz w tej formie i z tym wykonawcą spróbował i zaaprobował z wielkim smakiem. Toteż wszyscy (łącznie z inżynierem Mamoniem) są w doskonałych nastrojach. Pan domu wydaje się dowcipniejszy niż zazwyczaj, goście bardziej uroczy i przyjacielscy, pani domu emanuje spokojem, zrelaksowaniem i gospodarską czujnością, która pozwala jej przewidzieć rozwój wydarzeń kilka ruchów naprzód. Podać to, co się kończy, to co mniej popularne przesunąć na kraniec stołu, by wysforować naprzód to, co na to zasłużyło. Słowem (wiem, zmarnowałem ich już dużo) wieczór idealny. Kolacja marzeń. Szczęśliwa matka, żona, gospodyni, kucharka kładzie więc mężowi dłoń na ramieniu i prosi:
- Kochanie podałbyś talerzyki do ciasta?
- Oczywiście - zgadza się kochający mąż, dolewając wina uroczej damie, która ich odwiedziła.
Starannie odkłada butelkę, tak aby ani kropla wina nie upadłą na obrus i idzie do kuchni. Po chwili wraca z talerzykami. Żona na jego widok na ułamek sekundy rozszerzają się źrenice a ręce drżą przez małą chwilkę. Potem to wszystko mija. Rozmowa toczy się dalej. Ciasto trafia na talerzyki, z talerzyków do ust wśród ochów i achów. Godzinę lub dwie później goście się żegnają.
Zaczyna się sprzątanie. Mąż znosi dzielnie talerze, talerzyki, półmiski i kieliszki. Żona jakaś milcząca. Wreszcie zapytana, co się stało odpowiada:

- Jak mogłeś!? Jak!? Ty cholerny egoisto. Wstrętny kutusaloecie bez uczuć. Tak się napracowałam, żeby wszystko było dobrze. Żebyśmy wreszcie usiedli z nimi jak ludzie.Żeby było przyjemnie. Obiad, ciasto. Czy ja tak dużo wymagam? Nie. A może dla ciebie to jest dużo. W takim razie jesteś kutasoletem zwyczajnym. Jak mogłeś? Dlaczego mnie tak upokorzyłeś!  Podać te niebieskie talerze? Do tego dzbanka? Naprawdę? Tak bardzo mnie nienawidzisz?

Panowie. Nie bądźcie bezdusznymi dudasami. Zwracajcie swoją cholerną uwagę, co kładziecie na stół. Jakie kufa mać talerzyki do jakiego w mordę jeża dzbanka!!!

© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci