Menu

Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje

Mojemu tacie

i cała reszta

Świętowanie jest obecnie bez sensu

ojciec_wwwirgiliusz

 

Bez czego nie wyobrażam sobie świąt? Ano bez sakramentalnego Święta, święta i po świętach, która pada z ust jednego z domowników, domostwa przez nas często w tym czasie odwiedzanego odwiedzanego. Ponieważ słyszymy to zazwyczaj  o północy pomiędzy wielkim piątkiem a wielką sobotą, albo w sobotę rano, czyli wtedy kiedy ledwie dotarliśmy, walizki wtaszczyliśmy, resztki wymiocin z siedzeń oraz karmelków posprzątaliśmy (bawimy się wtedy z Królową Matką równie dobrze, jak bohaterowie Pulp fiction i każde z nas jest małą czerwoną wyścigówką oraz TNT) to zazwyczaj zadajemy sobie pytanie, jak to, to więc już? I strzela nas wiadomo kto jasny oraz zalewa nas też wiadomo co zła. No ale ten sakramentalny wypowiadacz ma sporo racji, bo przecież w jedzeniu miodku najlepszy jest moment przed jedzeniem miodku. Ma rację więc na poziomie zwykłej psychologii codzienności i świętowania, którą nawet Kubuś Puchatek umiał pojąć. Ma też rację na innym polu, bo KIEDYŚ PANIE TO BYŁY ŚWIĘTA. To też racja. Przecież kiedyś my naród polski, my people siadaliśmy do stołu wigilijnego głodni. Cholernie głodni. Jedni (kilka procent narodu), bo zdecydowali, że tak będzie religijnie słusznie, pogłodzić się trochę za zbawienie. Inny, bo wciąż byli głodni, albowiem Ci poprzedni cały boży rok zaganiali ich do pracy ponad siły i trzymając w okrutnej biedzie. Biedzie, z której udawało się wyrwać na Wielkanoc. Wszyscy więc pogrzebawszy śledzia rzucali się na mięso jak oszalali. Wygłodzeni z przyczyn ideologiczno-religijnych lub społeczno-logistycznych. Potem się trochę poprawiło. Pańszczyznę zniesiono, a następnie zniesiono szlachtę, a właściwie ją zlikwidowano. Dostęp do jedzenia się poprawił. Co prawda za komuny oficjalnie brakowało mięsa, więc przygotowanie wielkanocnych obchodów było wyzwaniem, a jego jedzenie w ilościach hurtowych miłą odmianą.

A teraz już tak nie jest. Ludzie co do szalonej wielkości nie głodują. Raczej przeciwnie, obżerają się ponad miarę. Dochodzi do takich paradoksalnych stwierdzeń (w naszym kraju, nie mówię o reszcie świata), że gruby jest biedny, w przeciwieństwie do chudego, bo go nie stać. Na dobre wołowinę, na jarmuż, na wegańską zrównoważoną osobiście przez ciotecznego brata Dalajlamy potrawę siedmiu równowag. Na przestrzeganie antyglutenowości, antybiałkowości, antycukrowości, zasadowości i lekkiej od czasu kwasowości. Biedny wpierdziela dużo i tanio. Tanio bo drogo nie może, dużo bo jest sfrustrowany, że nie może mało, wyrafinowanie i wyszczuplająco. W tej sytuacji każdy z nich zasiada właśnie do świąt totalnie bez sensu, żeby jeść rzeczy, które mu na polu ideologicznym i biologicznym nie odpowiadają.  

Takie świętowanie jest obecnie bez sensu.

Ktoś może powiedzieć, że obrażam tradycję, że szargam Jezusa. Ale gdzie tam! Przecież w Nowym Testamencie nie ma ani słowa o tym, żebyśmy w Wielkanoc żarli do nieprzytomności. Żadnych: idźcie i opychajcie, bo gdzie nie ma białej tam zaprawdę nie ma mnie przy stole wielkanocnym. Tym bardziej, że w ciągu roku jesteśmy na ogół najedzenie. Jezus z tego co pamiętam pościł przez 40 dni na pustyni. Może to jest jakiś pomysł? Może tu szukać inspiracji, jako odskoczni od codzienności wypełnionej jedzeniem. Bo jeśli święto ma być czymś wyjątkowym, to powinniśmy robić inne rzeczy i zachowywać się inaczej niż na co dzień. Skoro tradycyjny post przedwielkanocny został właściwie wysiudany... To proponuję więc zamiast obżarstwa graniczącego z samobójstwem ustanowić nową katolicką tradycję w formie trzydniowego detoksu. Spotykajmy się rodzinnie tylko na wodzie i suchym chlebie, albo bezglutenowo - sama woda light. Na pewno nam to wyjdzie na zdrowie i fizyczne i duchowe. Może nasze rozmowy oczyszczą się ze złogów złości, polityki, zawiści i zwykłego chamstwa. Jak myślicie?

 

wozek

 

 

Cholerne życie

ojciec_wwwirgiliusz

W całym tym bałaganie politycznym, walce o jakiś trybunał, o jakieś pryncypia, o jakąś tam pożal się Boże wolność, umknęła nam wszystkim bardzo ważna rzecz. Życie! W odmętach internetu, w szumie informacji pojawiła się perełka. Perełka błysnęła, zakołysała się na powierzchni wzburzonego oceanu i zniknęła na zawsze. Nieliczni ją widzieli. Nie zadumał się nad nią chyba nikt. No więc, ja, ja postanowiłem po nią zanurkować. I wyłowić ją specjalnie dla Was. Oto ona! Cytuję za gazeta.pl:


    Sąd uniewinnił wczoraj od zarzutu oszustwa Andrzeja L., wielokrotnie karanego za nielegalny hazard. Mężczyzna miał oszukiwać turystów w Kołobrzegu podczas organizowanych przez siebie rozgrywek w trzy kubki. W trakcie rozprawy powołano biegłego iluzjonistę, który zagrał z oskarżonym w popularną grę na sali sądowej. I przegrał.



 Jak podają gazety biegły miał podobno zachęcać oskarżonego (który w tym momencie stał się uniewinnionym) do rozpoczęcia kariery iluzjonisty. Nadaremno.

    To co mamy tutaj to jest po prostu jedna z bardziej wstrząsających historii, jaką przyszło mi słyszeć. To brzmi jak cudem odnalezione opowiadanie Czechowa. Krótkie i w tej zwartej formie chwytające w niechybny potrzask cały tragizm, smutek i śmieszność ludzkiej egzystencji. Bo zobaczcie, a żebyście dobrze wszystko zobaczyli, to w roli cwaniaka od trzech kubków wyobraźcie sobie na przykład Dustina Hoffmana, albo Zbyszka Zamachowskiego. Wprowadzają go na sale. Idzie w towarzystwie dwóch policjantów konwojentów. Mały, przydeptany facecik, którego proza życia zagnała do Kołobrzegu, gdzie z trudem wiąże koniec z końcem za pomocą trzech kubków. Te trzy kubki to wszystko, co mu zostało z poprzedniego szczęśliwego życia. Ale cisza, spokój, bo na salę wchodzi też ktoś jeszcze. To on! Biegły sądowy. Wysoki, pewny siebie facet. Ma już swoje lata, ale wciąż jest przystojny, może i owszem - podoba się kobietom. Wizualizujcie sobie George Clooney'a albo Krzysztofa Stelmaszczyka.Wysoki postawny, w garniturze szytym na miarę. W prawej ręce skórzana teczka. Proponuje oskarżonemu grę w trzy kubki, żeby obnażyć małość i przyziemność drobnego hopsztaplera. Trochę kradnie przy tym show wysokiemu sądowi (gra go Robert De Niro lub Janusz Gajos, jak kto woli), ale ten też będzie miał swoje 5 minut. Bo oto mały przydeptany, zakurzony facecik tak bardzo mały i tak zakurzony, jak tylko potrafi (a potrafi) zagrać go Hoffman i/lub Zamachowski w grze w trzy kubki orżnął naszego przystojniaka. Trzy razy, żeby nikt nie miał wątpliwości. Sąd ich nie ma. Oskarżony jest niewinny. Jest wolny i oczyszczony z zarzutów. I jeszcze jedno. Sąd chce wiedzieć, czy oskarżony przypadkiem nie szuka pracy. Bo jeśli tak, to właśnie się zwolniło miejsce biegłego sądowego. Bo nie może być biegłym iluzjonistą ten, kto przegrywa w trzy kubki.

    Zamachowski/Hoffman patrzy na sędziego już jako wolny człowiek. Wszyscy zastanawiają się, co odpowie. Ale my tego się nie dowiemy, bo razem z kamerą opuszczamy salę. Stelmaszczyk/Clooney wlecze się przez korytarz. Przez te parę minut postarzał się o dziesięć lat. Nie jest już atrakcyjnym mężczyzną w średnim wieku. Jest starym, zmęczonym dziadem, któremu teczka z kilkoma papierami ciąży jak młyński kamień. Idzie, a raczej zatacza się korytarzem. Nie wiemy, jakim cudem w tym stanie udaje mu się wyjść z budynku, pokonać schody, uruchomić auto i dotrzeć do domu. W drodze powrotnej słychać tylko pisk wycieraczek skrobiących mokrą szybę auta. A tam w domu, żona wyciąga właśnie pachnącą pieczeń z piecyka, bo wierne żony zawsze tak robią na filmach. Kiedy on uwiesza się na klamce, by wejść do środka, ona natychmiast zawiesza się na jego szyi.

    - Jak ci minął dzień, kochanie? - szczebiocze żona.

    - Straciłem pracę, bo jakiś żałosny kanciarz o wyglądzie syfilityka orżnął mnie na oczach wszystkich w trzy kubki - mógłby powiedzieć nasz bohater, ale nie mówi tego. Odpowiada, że wszystko jest fajn i że na chwilę pójdzie do swojego gabinetu.

    Żona szczebioce dalej, żeby się pospieszył i leci poprawić pieczeni kokardę oraz sprawdzić, czy widelec z nożem tworzą dwie linie idealnie równolegle. On wchodzi do swojego gabinetu, siada za biurkiem, nalewa sobie podwójną porcję gorzały. Do wielkiej szklanki, nie do kubka (hehe) i otwiera szufladę. Wyciąga z niej...

    Cięcie

Ja to wszystko widzę, mam przed oczami. Wy nie?

 

Odpieprzcie się od Poznańskiego

ojciec_wwwirgiliusz

Kajetan Poznański. Facet, który w okrutny, głupi i bezsensowny sposób zabił młodą kobietę. Wlókł ciało taksówką, odciął głowę. Cholera wie, co zrobił jeszcze. Nie będę się nad tymi szczegółami rozwodził. I wy też moglibyście nie. Czy nie możecie, naprawdę odpieprzyć się od tego Poznańskiego?

Każdego dnia w tym smutnym kraju ktoś kogoś morduje. ( w 2014 było wg policji 532 zabójstw). Nierzadko w okrutny sposób. Nożem, siekierą, pistoletem, rękami. Potem ciało jest gdzieś wleczone, chowane. Czasem towarzyszą temu inne atrakcje. Kroniki kryminalne są tego pełne. I nagle - bach. Raz na jakiś czas społeczeństwo przeszywa niezdrowy dreszcz. I zaczyna się bardzo brzydko podniecać.  Mama Madzi, Kajetan Poznański. Ot dwa przykłady pierwsze z brzegu. Ani to wyjątkowe pod względem liczby zabitych (gdzie im tam do Brevików, Hitlerów, Stalinów), ani fascynujące intelektualnie (stażystów w Polityce było wielu, gdyby zbrodni dokonał jeden z jej felietonistów, taka Sobolewska na przykład to rozumiem), ani też piękne. Zwykłe, popierdolone w głowie ostro, ale przaśne, zwyczajne. Podniecanie się tym, zachłystywanie, przekazywanie sobie newsów... Naprawdę przypomina mi to ludzi tłoczących się wokół chłopa, któremu tramwaj nogi uciął. Przypomina mi to kury na podwórku. Ludziska odpieprzcie się od tego Poznańskiego, naprawdę nie macie innych zmartwień?

 heros

Na koniec Mark Twain, Chłopiec, policjant i Chińczyk

w wielu stanach położonych nad Pacyfikiem tak mocny jest głód sprawiedliwości w sercach ludzkich, że gdy kiedykolwiek zdarzy się jakaś tajemnicza zbrodnia, natychmiast wołają: „Niech sprawiedliwości stanie się zadość!”, i wieszają Chińczyka.

 

 

© Ojciec Wwwirgiliusz
chowa dzieci swoje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci